Przeskocz do treści
30/12/2011

Podsumowanie roku

Kończy się kolejny rok, pokuszę się więc o małe podsumowanie, tym bardziej, że parę ważnych rzeczy się wydarzyło. Co najmniej kilka zdarzeń ma szansę przejść do historii jako zwiastun czegoś spektakularnego, o czym jeszcze nie wiemy…

Światem wstrząsnęła fala północnoafrykańskich rewolucji. Upadły wojskowe dyktatury, monarchie i reżimy, z których przynajmniej niektóre wydawały się być wieczne. Najwięcej emocji wzbudził upadek dyktatury Kaddafiego. Przy okazji fali przemian wyłoniło się nowe państwo – Sudan Południowy. Wszystko to może zwiastować rosnące znaczenie Afryki, dotąd kontynentu wobec reszty świata cywilizacyjnie opóźnionego. Pytanie tylko, czy obalenie dotychczasowych porządków wyjdzie Afrykanom na dobre, na które odpowiedź póki co nie jest wcale taka oczywista.

Przy okazji upadków reżimów warto odnotować jeszcze dwa zdarzenia o wymiarze bardziej symbolicznym, niż realnie istotnym – śmierci Osamy bin Ladena i Kim Dzong Ila.

W 2011 światem ponownie targnął kryzys, a przynajmniej jego finansami. Gwiazdami spektaklu stały się agencje ratingowe, co i rusz obcinające bądź zmieniające literki w rubryczkach przy nazwach co ważniejszych państw – na czele z mrożącą krew w żyłach anihilacją jednego z trzech dumnych “A” w rubryczce z napisem “USA”.

Dla Europy 2011 zostanie na pewno zapamiętany przez bezprecedensowe kłopoty finansowe całych państw, powodujące poważną zadyszkę w strefie euro i realną groźbę jej upadku. W nowy rok Europa wchodzi ze zbankrutowaną (formalnie i realnie) Grecją i (realnie) Portugalią, mającymi poważne problemy z wypłacalnością Włochami, ogarniętą kryzysem Hiszpanią. W 2011 roku upadło rekordowo wiele rządów, a nowowybrane stają przed koniecznością poważnych reform. Na naszych oczach wali się dotychczasowy paradygmat ‘zadłużonych godpodarek rozwiniętych’, a przynajmniej wymaga on radykalnych przemyśleń. Być może rok 2011 zostanie też przez to zapamiętany jako upadek ery tanich kredytów konsumpcyjnych i radosnego optymizmu, że w przyszłości może być tylko lepiej.

Jakby tego było mało, błogostan i poczucie bezpieczeństwa Europejczyków poważnie zamącił niejaki Anders Breivik. Okazało się dobitnie to, co od lat już zresztą można było zaobserwować, kiedy pogrzebało się w odpowiednich statystykach – że Europie tak naprawdę nie zagrażają żadni ‘islamscy terroryści’ czy inni importowani fundamentaliści. Wystarczająco dużo mamy własnych świrów – jak widać, również wystarczająco skutecznych.

Oprócz świrów, ciężkich doświadczeń dostarczała ludziom także natura – 2011 rok to trzęsienie ziemi w Turcji, a przede wszystkim potężne tsunami w Japonii, które pochłonęło dziesiątki tysięcy ofiar, dodatkowo wzbudzając mało uzasadnioną histerię odnośnie przyszłości energetyki jądrowej.

A w Polsce… przyleciał Obama, powiesił się Lepper, Małysz zakończył karierę skoczka, a rozpoczął rajdowca. Odbyło się parę marszów, gdzie w ważne historyczne rocznice pokrzyczano publicznie o nienawiści do Niemców, Ruskich i urzędujących władz. Aha – no i odbyły się wybory…

Najważniejsze polskie wydarzenie 2011 roku to właśnie chyba wybory, w których utrzymał się stary (no, prawie) rząd, niejako na przekór tendencjom w Europie. Pokazało się, że Polacy raczej trwale nie dają się już nabrać na populizm, pokazało się też jednak, że dalecy jesteśmy od wypracowania sensownego dwu-, trzypartyjnego systemu o jasno zarysowanych różnicach poglądowych. Zamiast tego mamy rozmyty rząd (w którym miejsca brakło dla zasłużonych fachowców jak Kopacz czy Grabarczyk, za to pojawili się boguświeczkowo-diabłuogarkowi Gowin i Arłukowicz) i postępującą w paranoi (oraz kolejnych rozłamach) główną partię opozycyjną, a oprócz tego dwa dziwaczne twory, skupiające się obecnie głównie na budowaniu sobie wiarygodności na najbliższe lata. Cóż, być może takie są nieuniknione realia demokratycznej postpolityki. Pocieszające jednak, że mimo wszystko skład rządzącej ekipy budzi więcej optymizmu niż obaw. Elastyczność i rozwaga to coś, co na nadchodzące czasy przyda się znacznie bardziej, niż twarde doktrynerstwo czy ideologiczne zafiksowanie. Zwłaszcza jeśli pójdzie w połączeniu z fachowością, zamiast nieudacznictwa.

Rok 2012 ma małe szanse być dobrym rokiem, lepszym niż ten – także przecież trudny – odchodzący. Mimo to takie szanse są. Niech zima będzie łagodna, rynki spokojne, budżety ustablizowane, rządy rozważne, a ludzie pełni optymizmu. Niech Małysz nie zrobi sobie krzywdy na Dakarze, a Mistrzostwa Europy wygrają najlepsi. I niech świat się nie kończy.

Do…[tu było takie głupawe słówko]

13/12/2011

“Kontrowersyjny” generał

W filmie “Czarny Czwartek” grany przez Piotra Fronczewskiego Zenon Kliszko reaguje z oburzeniem na relacje kolegów partyjnych, którzy sprawozdają swoje wysiłki załagodzenia manifestacji robotniczych i próby pertraktacji, słowami: “Z kontrrewolucją się nie rozmawia, do kontrrewolucji się strzela. Robotników można wystrzelać, stocznię zbombardować, zaorać i postawić nową”.

Zideologizowany bandyta nie pozostawia wątpliwości, o co chodzi. Ktoś śmiał wystąpić przeciwko decyzji władzy, którą m.in. on reprezentuje. Podobnie “Towarzysz Wiesław”, który na zebraniu KP PZPR grzmi, że manifestacje nie mają podłoża ekonomicznego (robotnicy chcieli tylko podwyżek płac, albo powrotu do starych cen mięsa, bo zwyczajnie obawiali się głodowania), tylko polityczne. Jego decyzję ktoś śmiał zakwestionować – to nic innego, jak zamach na jego władzę. Do protestujących należy strzelać, bo nieważne, że krzyczą: “chcemy chleba”. To tak samo, jakby krzyczeli: “precz z komuną” albo “zabić Gomułkę”. Przemoc jest jedynym argumentem na sprzeciw wobec bandziora, bo tylko i wyłącznie na przemocy autorytet bandziora się opiera.

Jestem w stanie uwierzyć, że stetryczałe dziadygi w osobach Kliszki czy Gomułki, jeszcze w 1970 roku głęboko wierzyły w jedynosłuszność marksizmu-leninizmu, któremu z takim poświęceniem służyły przez całe swoje życie. Tyle że ów 1970 rok brutalnie zweryfikował ich wiarę, bo wraz z ofiarami tamtych wydarzeń pogrzebano także ich kariery.

To był chyba ostatni już raz, kiedy ktoś wierzył, że chodzi jeszcze o jakąś ideologię.

Dokładnie jedenaście lat później sytuacja powtórzyła się, nota bene zainicjowana wydarzeniami rozegranymi dokładnie w tym samym miejscu. Przygnębiająca symbolika, niemniej jednak można doszukać się różnic.

Opętany pchającą do zbrodni żądzą władzy Gomułka racjonalizował ją sobie przekonaniem, że służy jakieś ważniejszej sprawie. W 1981 roku taka racjonalizacja nadawała się już jednak tylko dla skończonego idioty. Łysiejący generał skończonym idiotą nie był. Był natomiast tak samo skończoną kanalią, jak jego ‘zasłużeni’, wymienieni wyżej, poprzednicy. I brak ideologicznego opętania ani trochę nie osłabił opętania żądzą władzy.

Kliszko czy Gomułka nie kryli się z tym, że są gotowi zabijać ludzi, którzy ośmielają się zagrażać nawet nie tyle ich władzy, co jej autorytetowi. Łysiejący generał zaś do dziś udaje, że nikogo nie chciał zabijać – wprost przeciwnie, chciał bronić!

Nie ma żadnego powodu, aby w jakikolwiek sposób stawiać Gomułkę ponad Jaruzelskim z tego tylko względu, że wykazał się jakąś barbarzyńską pseudogodnością, której już zabrakło drugiemu bandycie. Smutne jest jednak to, że dziś, gdy te dwa wydarzenia, te dwie postacie, tych dwóch opętanych żądzą władzy i utrzymaniem jej za wszelką cenę bandytów, mających na swoim sumieniu podobne zbrodnie, podobnie motywowane i przeprowadzone w podobnych okolicznościach, są podobnie odległą, poddającą się podobnie uwarunkowanej ocenie historią – bynajmniej oceniane podobnie nie są.

Zapewne wielu z ludzi, którzy moje oburzenie na owe “kontrowersje” odnośnie Jaruzelskiego podzielają, pójdzie dzisiaj w marszu, który zorganizował pewnien ogarnięty postępującą paranoją, wciąż głośny i liczący się polityk opozycyjny. Być może wielu z nich będzie na tyle młodych, że nie pamiętających nie tylko grudnia 1970 i 1981 roku, ale i pustych sklepowych półek i kłopotów z uzyskaniem paszportu w późnych latach 80-tych. Niech zatem obejrzą sobie kilka filmów, jak choćby wspomniany “Czarny Czwartek” czy “Śmierć jak kromka chleba”. Niech popatrzą na tamten bezwzględny terror wobec obywateli, na systemowe upodlenie, sadyzm nakoksowanych funcjonariuszy w cynicznej służbie władzy. Niech popatrzą na poziom życia, strach, autentyczne zniewolenie – terytorialne, informacyjne. Niech popatrzą w końcu na strumienie lejącej się krwi tych, którzy śmieli głośno powiedzieć, że są głodni.

Starsi nie muszą oglądać. Niech sobie po prostu przypomną.

A potem niech oni wszyscy jeszcze raz, na spokojnie, przemyślą sobie, co właściwie firmują swoim dzisiejszym marszem.

Normalną rzeczą jest, że w demokratycznym kraju ścierają się różne poglądy, reprezentowane są różne idee, a spory budzą często niemałe emocje. Ja rozumiem nawet głupoty w tychże emocjach wypowiadane. Czasy są nerwowe, tak lokalnie, jak i globalnie. Władza nie musi się podobać i też często mało daje do tego powodów. Nie musi się podobać Unia Europejska, nie musi się podobać jej wizja ani przedstawicieli innych jej członków, jak i rodzimych polityków.

Nie ma jednak żadnego uzasadnienia dla pompatycznych błazeństw, odstawianych dla doraźnych potrzeb zwykłych politycznych sporów, ale posuwających się do wykorzystywania symboliki, która przypomina o dramatach zupełnie innej kategorii.

Jarosław Kaczyński jest dziś przede wszystkim śmieszny. Śmieszny jest ze swoim obłędem oskarżeń, zarzutów najgorszych intencji, paranoiczną retoryką oblężonej twierdzy. Śmieszny jest porównując wszystko, co ideologicznie mu nie pasuje, do najciemniejszych plam ludzkiej historii, jak totalitaryzmy, nazim, krwawe kolonizacje, holokaust, niewolnictwo i co tylko jeszcze.

Jarosław Kaczyński ośmiesza siebie i formację, którą reprezentuje. Robi jednak także coś mniej śmiesznego. Zrównując współczesnych przeciwników politycznych ze zbrodniarzami komunizmu deprecjonuje znaczenie zbrodni tych ostatnich. Zestawiając dziejszego ministra z bandytą Jaruzelskim nie przekona ludzi, że Sikorski jest bandytą na miarę Jaruzleskiego. Ludzie, którzy nie są głupi czy zaczadzeni ideologicznie pobudzoną nienawiścią, widzą i oceniają sami. Niemniej ocenić mogą Sikorskiego, który działa tu i teraz, gorzej z wydarzeniem sprzed 30 lat, rozmytym już nieco w mgle historii. Zamiast więc, zgodnie z pragnieniem Kaczyńskiego, zobaczyć w Sikorskim zbrodniarza, stwierdzą raczej, że ten Jaruzelski najwyraźniej nie był taki zły. Ot, polityk w ciężkich czasach, podejmujący trudne, “kontrowersyjne” decyzje.

Kaczyński nie jest już groźny jako polityk, bo do władzy już nie wróci. Nie można jednak bagatelizować szkód, jakie wyczynia w memsferze. Wraz ze swoim środowiskiem udało mi się już obrzydzić sporo pozytywnych rzeczy (jak patriotyzm), zawłaszczyć emocje wobec 96 ofiar katastrofy smoleńskiej i sprowadzić ją wyłącznie do dramatu ‘swoich’, udaje mu się systematycznie podkopywać społeczne zaufanie do władzy, jej służb, do niezawisłych sądów, do działających na wolnym rynku mediów. Udało mu się potwornie zideologizować cały szereg dziedzin życia, normalnie mało wrażliwych na ideologiczne wzmożenie. No i udało mu się skompromitować ruch “Solidarności” i jego osiągnięcia w ostatnim 20-leciu. Przy tej okazji też udaje mu się skutecznie, choć może nie do końca zamierzenie, wybielać zbrodniarzy PRL-u.

Obrazu tej żenady dopełnia fakt, że to Jarosław Kaczyński wyniósł na świecznik PRL-owskich aparatyczyków (można powiedzieć, że stojących wtedy tam, gdzie stało ZOMO), w osobach Jasińskiego, Wassermanna czy Kryże, czyniąc ich ministrami lub wiceministrami. Zdążył też po drodze arbitralnie po tej ‘złej’ stronie postawić ogromną większość autentycznych kombatantów ruchu “Solidarności”. Ci nielicznie stojący po jego stronie, ostatecznie także go opuścili.

Ten człowiek nie ma najmniejszego mandatu na to, aby dziś stawiać siebie jako samozwańczego trybuna tych, co walczyli z reżimem Jaruzelskiego. W czasach PRL-u był nikim. Takim pozostał do dziś.

08/12/2011

Euro, pa!(?)

W przeddzień być może przełomowego, historycznego wydarzenia, jakim może się okazać szczyt UE w momencie bardzo poważnego zagrożenia jej upadkiem, warto napisać jakąś notkę. Może się bowiem zdarzyć, że uda się w niej zamieścić parę mądrych myśli, które później okażą się prorocze, inspirujące bądź też zbieżne z pomysłami Ważnych Ludzi, którzy w przyszłości zasłyną jako mężowie opatrznościowi trudnych czasów początku XXI wieku. Cóż – nie ma to jak odrobina ambicji i wiary w siebie. A przynajmniej nadzieja słabej satysfakcji z późniejszego tryumfalnego “a nie mówiłem?”.

Projekt Unii Europejskiej, projekt wspólnej waluty – nie były u zarania jakoś fundamentalnie złe. Ba, być może nawet obiektywnie okaże się, że były całkiem niezłe w tej formie, jaką w praktyce przyjęły. Osobiście jestem silnym sceptykiem wobec takiego poglądu – ale wrodzona pokora nie pozwala mi tutaj na osądy kategoryczne.

Co zatem poszło źle?

Jeżeli ktoś nie zgadza się z moim poprzednim akapitem, to oczywiście powie, że wszystko poszło źle, tzn. cała UE i euro to był od początku chory pomysł. Cóż – pozwolę sobie się z tym nie zgodzić. Moim skromnym zdaniem Unia Europejska – w niekoniecznie co do szczegółów takiej formie, jak ta z Traktatu Lizbońskiego i innych Protokołów – powstać musiała tak czy siak. Jakaś. W sensie pewnego ekonomiczno-politycznie zintegrowanego bytu na subkontynencie europejskim.

W zasadzie to ona nawet już wcześniej powstała. Ale o tym niżej.

Dziś nie żyjemy już w czasach, w których istnieje silne terytorialne ograniczenie stosunków ekonomiczno-politycznych, jak wtedy, kiedy wyznacznikiem wszystkiego było zajmowane terytorium. Położenie geograficzne nie stanowi już znaczących barier nie tylko dla przepływu informacji, towarów, ale także siły roboczej, a nawet wielu (i coraz więcej) usług. Nie żyjemy już w czasach skutków potężnej transformacji XIX-wiecznej, w czasach wzmożomnych antagonizmów po kryteriach religijnych czy narodowych, skutkujących (zazwyczaj brutalnym) tworzeniem podziałów politycznych według tych kryteriów, a finalnie dwoma najkrwawszymi konfliktami w historii ludzkości. Nie żyjemu już nawet w czasach bezpośrednio po tych konfliktach – a potrzeba było jeszcze kilkudziesięciu lat, aby ustały ich bezpośrednie skutki, aby skończył się terror militarny komunistycznego ZSRR czy maoistycznych Chin. Dziś resztki podobnych zjawisk dogorywają lokalnie, w słabo rozwiniętych regionach Azji, Afryki czy Ameryki Południowej.

Żyjemy w czasach powszechnej globalizacji, swoistej dyktatury ekonomii. U schyłku XX wieku okazało się, że najbardziej nieubłaganą siłą, której nie da się zwyciężyć największą armią, jest twardy rachunek ekonomiczny. Prowadzone wbrew niemu, siłą terroru, wiernością doktrynie, padały największe potęgi. Nie podbijane przez zewnętrznego wroga, tylko bankrutując.

Można więc powiedzieć, że najgorsze mamy za sobą. Mamy bowiem za sobą zarówno czasy odwiecznej stagnacji, jak i potwornych zaburzeń podczas wychodzenia z tejże. Trzymajmy się tej myśli, bo dzięki temu łatwiej nabrać odpowiedniego dystansu do obecnych wydarzeń, a w każdym razie ich domniemanej niesłychanej dramaturgii.

Świat XX wieku to był świat przede wszystkim galopującego wzrostu populacji i postępu technologicznego. Do końca XIX wieku nie istniały, bądź istniały rozpowszechnione wyłącznie wśród wąskich elit, takie podstawowe dziś sprawy, jak dostęp do czystej wody, środki higieny osobistej, podstawowe usługi/badania medyczne, zbilansowana dieta, dostęp do informacji o bieżących wydarzeniach. Nagły masowy wzrost ludności i jej potrzeb, w związku z nagłą galopującą podażą technicznych nowinek ułatwiających życie, spowodował gwałtowne przemodelowanie ekonomiczne świata. W zasadzie to wtedy właśnie powstało coś, co nazywamy gospodarką.

Popatrzmy na ten wykres:

W XX wieku powstało ponad dwa razy więcej dóbr niż w całym okresie poprzedzającym licząc od początku Naszej Ery (od 1 do 1900 r). W dziesięciolatce XXI wieku powstało już 23% wszystkich poprzednich dóbr. Z wykresu widać też, że w XX wieku drastycznie wzrosła populacja, tak w liczbie ludzi, jak i w długości ich życia (a w zasadzie w iloczynie tych dwóch czynników).

Zjawisko to spowodowane zostało przez potężny postęp techniczny, który z kolei wynikł z uwolnienia myśli i gwałtownego wzrostu postępu naukowego w wieku dziewiętnastym. Ludzie masowo przestawili się z rolnictwa na inne zajęcia. Zaczęli produkować, wytwarzać, konkurować. Drastycznie wzrosło zapotrzebowanie na siłę roboczą. Gwałtownie zaczął podnosić się poziom życia. Rosły apetyty, rósł popyt na wszystko. Rozwój oznaczał sukces, ale wymagał więcej pracy, więcej surowców i myśli technicznej. Czyli kapitału. Który, już otrzymany i dobrze spożytkowany, przynosił kapitał kolejny, znacząco większy.

Rozwój techniczny XX wieku nie byłby możliwy bez powszechnego dostępu do kapitału. A to, wobec jego ograniczonej alokacji, oznaczało potrzebę powstania systemu, w którym dostęp do kapitału byłby znacznie łatwiejszy. Czyli powstanie masowego dostępu do kredytu.

Ja sam długo, z pozycji czysto ideologicznych, krytykowałem tę zapoczątkowaną na początku XX wieku, a praktykowaną i rozwijającą się do dzisiaj, politykę finansową cywilizowanego świata. Dzisiaj, nie negując istnienia żadnej z jej wad, których byłem wówczas świadomy, nie odważę się już mądrzyć w ten sposób. Rzeczywistość końca XIX i całego XX wieku tak dalece odbiega od jakichkolwiek innych doświadczeń historycznych, że po prostu nie ma jej z czym porównać. Żyjemy w cywilizacji stworzonej tak naprawdę właśnie wtedy. Innej nie znamy. Nie wiemy, jak byłoby, gdyby było inaczej.

Niemniej dzisiaj doświadczamy tego, czym grozi nieograniczone produkowanie pieniądza, wirtualnego kapitału, który krąży wśród ludzi w nieporównywanie większej ilości, niż ilość dóbr, które reprezentuje. Kapitał ten, krążąc tak i fruwając między nami z zawrotną prędkością, rozmazuje się w oczach i dlatego nie widać tej powtornej dysporoporcji. Wierzymy jedynie, że reprezentuje on to właśnie, co ma reprezentować. Wierzymy.

Ta wiara przywiodła nas do punktu, w którym jesteśmy. Jest powodem naszego największego cywilizacyjnego sukcesu, a zarazem największym zagrożeniem w tej chwili, w której ten nasz sukces jakby traci na spektakularności.

Wróćmy teraz do naszej, dzisiaj tak kulejącej, Unii Europejskiej.

Europa powojenna, do początku lat 90-tych, była politycznie dziwnym regionem, gdzie ścinały się fronty Zimnej Wojny. Wojny, która w Europie toczyła się praktycznie wyłącznie na froncie ekonomicznym. Europa Zachodnia rozwijała się i bogaciła dynamicznie, urastając do gospodarczej potęgi na miarę czasów, pomału odrabiając dystans nawet do USA, ówczesnego mocarstwa nr 1. I właśnie wtedy powstał ten nowy ład, którego konsekwencją jest dzisiejsza europejska integracja. Siłą Europy okazało się bowiem wygaszenie konfliktów, współpraca, znoszenie barier dla handlu, przemieszczania się ludzi, przepływu kapitału i siły roboczej. Globalizacja zaczęła się właśnie tutaj. Europa zintegrowała się długo przed tym, jak tę rzeczywistą integrację postanowiono zakuć w formalne, polityczne ramy.

Po upadku Bloku Wschodniego Europa jakby geograficznie znacznie się rozszerzyła. To, co na Zachodzie było przed Wschodem ukrywane za Żelazną Kurtyną, było wówczas na owym Wschodzie marzeniem o utraconym raju. Zachód był wzorcem wolności, świata normalnego. W tych okolicznościach oczywiste było, jakie będą polityczne dążenia elit, które po upadku komunizmu wezmą w krajach Wschodu władzę. Rozszerzenie integracji o nowe regiony było tylko kwestią czasu. Proces ten rozpoczął się na początku XXI wieku i trwa do dzisiaj – czyli do momentu, kiedy może się zderzyć z napływającą z naprzeciwka potężną falą gwałownej dezintegracji.

Tak źle raczej nie będzie. Unia Europejska w najgorszym razie rozpadnie się w politycznym kształcie, jaki znamy dziś, upadną traktaty, wspólna waluta, być może nawet do historii przejdzie sama nazwa. Nie wierzę jednak, że uda cofnąć się swobodę przepływu ludzi, towarów i kapitału, bo to są dynamiki leżące poza kontrolą polityków *.

XX i XXI wiek pokazały, że walka się nie opłaca. Że największe korzyści przynosi pozbycie się uprzedzeń i antagonizmów, jak najszersza współpraca. Ta zasada działała jeszcze zanim dotarła do głów polityków, którzy wymyslili Unię Europejską. Zwycięstwo tych, którzy ją negują, oznaczałoby ponury tryumf populistów, powszechną recesję, a finalnie być może powrót do konfliktów i kolejną hekatombę. Tylko po to, aby później znów zwyciężył rachunek ekonomiczny, a historia zatoczyła koło…

Traktując wszystko powyżej napisane jako monstrualnie przydługi wstęp, pora się zająć tym, co dalej.

Po pierwsze – błędy wspólnej waluty.

Wprowadzenie euro było, moim skromnym zdaniem, kiepskim sposobem na usprawnienie niedoskonałego, co fakt, systemu zróżnicowanych walut opartych o lokalne banki centralne, w skontynentalizowanej (neologizm? cóż, szukałem alternatywy dla mniej tutaj trafnego “zglobalizowania”) gospodarce. Niedoskonałego – bo lokalna waluta w systemie, w którym intensywnie rozlicza się transakcje z bardzo wielu systemów walutowych, a jednocześnie nakazującym finalnie księgować tylko walutę lokalną, otwiera potężny, zupełnie pusty rynek obrotów na różnicach kursowych. Innymi słowy – strona międzynarodowej transakcji handlowej odpala sporą działkę pośrednikowi, który istnieje tylko dlatego, że dwa państwa każą jednej i drugiej stronie finalnie zaksięgować inną walutę. Nie mówiąc już o tym, że do wszystkich klasycznych ryzyk prowadzenia biznesu dochodzi dodatkowe ryzyko zmian kursowych (często kluczowe dla długoterminowych kontraktów). Sposób zaś był kiepski, ponieważ znosił pośredników wewnątrz strefy euro, ale nie znosił samego monopolu. Co więcej, ujednalicając walutę nie ujednolicono prawa fiskalnego czy gospodarczego. Powstał klasyczny dylemat rybki i pipki. Działalność gospodarcza w innych warunkach fiskalno-prawnych (i nie tylko, ale nie komplikujmy) wymaga innych regulacji banku centralnego w kwestii emisji pieniądza i dostępu do kredytu. A to powoduje, że coś się może, kolokwialnie mówiąc, rozjechać. No i rozjechało się, w takiej Grecji na przykład.
Lepszym rozwiązaniem mogło być pozostanie przy narodowych walutach, ale przy mniejszym lub większym zniesieniu ich monopolu – tzn. albo wprowadzenie zasady uznawania walut całej UE w rozliczeniach wewnątrz UE, albo pozostanie przy monopolach lokalnych państw, ale z dodatkową walutą euro jako alternatywą. Nie chcę się jednak tutaj za bardzo mądrzyć – zwyczajnie słabo się znam na temacie, zatem być może nie dostrzegam całego szeregu min, które z kolei rozsiewa takie rozwiązanie. Ucziwie przyznam – nie wiem, czy i co można było zrobić tutaj lepiej.
Osobiście dla strefy euro wieszczę mniej więcej taką właśnie przyszłość w jej pesymistycznym wariancie – powrót do walut narodowych przy zachowaniu euro jako coś w rodzaju wcześniejszego ecu, być może nieco bardziej rozpowszechnionego.

Po drugie – przerost biurokracji.

Lekcja obecnego kryzysu powinna uświadomić unijnym decydentom jedną rzecz – że Europa traci pozycję regionu wyznaczającego, hm, ‘cywilizacyjne standardy’, oraz że tego procesu raczej się już nie zatrzyma. Swoje pięć minut mieliśmy od mniej więcej dziewiętnastego wieku do mniej więcej dzisiaj, w tym czasie nauczyliśmy świat jak myć ręce, jeść nożem i widelcem, jak miło traktować drugiego człowieka czy skutecznie go zabijać na wojnie. Teraz ‘dziki’ świat już to wie. Niczego więcej od nas w tych kwestiach nie potrzebuje.

Obecnie ogrom przepisów unijnych to są regulacje dotyczące edukacji, stosunków międzyludzkich, ochrony środowiska czy ochrony człowieka przed robieniem sobie samemu krzywdy. Szczytne cele doprowadziły Europę do stanu, w którym innowacyjna niegdyś gospodarka coraz więcej mocy (i kasy) twórczej trwoni na kompletnie bezproduktywne badania w dziedzinach socjologii, psychologii, ekologii czy klimatologii. Jeszcze więcej trwoni się na to mocy politycznej, zbijając polityczny kapitał na nośnych, wzbudzających emocje tematach, dla których nie potrzeba wiele wiedzy, za to łatwo się wyraziście odróżniać. W rezultacie mamy drogą, niekonkurencyjną energię, produkty, infrastrukturę, siłę roboczą, medycynę. Mamy drogich (dosłownie, nie potocznie) polityków zawodowo zajmujących się nachalnym populizmem, mamy bariery dla prowadzenia biznesu i zatrudniania ludzi.

Nie chciałbym być tu źle zrozumiany. Nie prowadzę (już?) krucjaty przeciwko prawom człowieka czy regluacjom ekologicznym. Cieszę się, że nie trujemy rzek, nie wycinamy lasów i nie skazujemy gatunków zwierząt na zagładę, bo zabrania nam tego surowe prawo. Martwię się natomiast, że trwonimy energię na absurdy jak “ograniczenie emisji CO2″ (już naprawdę nieważne, czy CO2 jest czy nie jest szkodliwe – chodzi raczej o to, że europejskie boje o redukcję CO2 mają już dziś przyzerowe znaczenie globnalne, a zarzynają nas ekonomicznie), czy że tworzymy absurdalnie drogie, nietrwałe i nieekonomiczne produkty, za to spełniające szereg “norm”. Martwię się, że na fundamentach idei ułatwiania działalności, konkurencji, integrowania sił, tworzymy takie potwory, jak dyrektywa REACH – de facto zamykające w Europie rynek przemysłu chemicznego, a finalnie prawdopodobnie doprowadzające go do zagłady.

Po trzecie – zadłużenie.

Tak, to jest zdecydowanie główna bolączka naszych czasów. Rozpętany sto lat temu huragan mnożenia pustego pieniądza, aby polepszych dostęp do kapitału, zbiera dziś żniwo. Nie oznacza to raczej powrotu do parytetów walut opartych o rzeczywiste dobra, jak kruszce. Wydaje mi się, że paradygmat pozostanie, chociaż na pewno coś się zmieni. Mocno zmieni. Chciałbym wierzyć, że w dobrym kierunku.

Ja sam największy problem ze współczesnym systemem widzę nie taki, że państwa się zadłużają, że emisja pieniądza działa ponad miarę, że okrada się nas poprzez manipulacje inflacją, stopami procentowymi, kursami walut. Dla mnie największym problemem jest potężny rozrost, w ciągu ostatnich stu lat, instytucji finansowych. Dzisiaj branża finansowa to tysiące instytucji, zatrudniających miliony ludzi. To branża najbardziej dochodowa, do której lęgną natęższe cwaniaki, kuszone najwyższymi zarobkami. To branża, która stanowi filar gospodarek takich potęg ekonomicznych, jak Wielka Brytania czy Szwajcaria. To branża, która produkuje ogromne ilości światowego PKB, nie produkując nic.

Największym problemem ekonomicznym naszych czasów, jakkolwiek marksistowsko by to nie zabrzmiało, jest dominacja ekonomiczna branży całkowitych pasożytów. Finansiści zarabiają krocie, indywidualnie i zbiorowo przekraczające dochody pracowników dowolnej innej branży. A zarabiają to wyłącznie poprzez wyciąganie pieniędzy z jednego worka i wsypywanie do drugiego, odliczywszy sobie sowitą prowizję. I to przy pełnej aprobacie, a nawet na bezpośrednią prośbę, właścicieli owych worków.

Nie wiem, jak to można zmienić, nie ruszając fundamentów systemu. Ale, na moją emocjonalnie pobudzoną intuicję, zmienić to trzeba.

Teraz trochę o samej Europie dzisiaj.

W nazwiązaniu do tego, co napisałem w ostatnich paru akapitach – niepokojąca jest przede wszystkim obecna struktura wytwarzania PKB. Generuje go przede wszystkim popyt wewnętrzny w sektorze usług, w dużej mierze ograniczony lokalnie. Stabilna, odporna na zawirowania gospodarka powinna jednak głównie bazować na sektorach zapewniających światową konkurencyjność.

Porównując największe europejskie gospodarki – Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii i Włoch – może się wydawać, że mają one podobną siłę. Niemniej dość mocno różnią się one strukturą PKB oraz zaangażowaniem sektora publicznego. Gospodarki Niemiec i Francji oparte są o technologie, w przypadku Wielkiej Brytanii stoi ona głównie na usługach finansowych, a Włochy to zróżnicowane państwo o nierównym rozkładzie dochodu, gdzie północ żyje z przemysłu i finansów, a południe z rolnictwa, turystyki i… pomocy socjalnej. Ze wszystkich tych krajów jedynie Niemcy mają naprawdę potężny przemysł, z którego dodatkowo pączkują usługodawcy w dziedzinie technologii, które eksportowane są na cały świat. Udział sektora publicznego w PKB też jest mocno zróżnicowany – 28% w UK, w Niemczech już 45%, a we Francji i Włoszech to już ponad 50%.

Dzisiejsze kłopoty Europy to kłopoty rozbuchanego sektora publicznego (który cały jest w rękach depozytariuszy aktywów i pasywów budżetów państwowych), rozbuchanych kosztów, rozbuchanych cen. To kłopoty sektora finansowego, który jest de facto pustą branżą, nie dostarczającą dóbr, i która na spowalniającym obiegu światowego kapitału straci najwięcej.

W Europie po prostu za mało się wytwarza, a za dużo wydaje. Wirtualne pieniądze lecą nie tylko z pompowanych deficytów budżetu, one lecą też w obiegu całkowicie prywatnym. Fryzjerka psów zostawia u psychoanalityka 500 euro, a ten idzie potem za 500 euro ostrzyc swojego pudelka. PKB wzrasta o 1000 euro. Wszyscy jesteśmy bogaci, czyż nie?

PKB gospodarczych potęg może dobrze wyglądać, ale może też być bardzo różnie podatne na kryzys. Relatywnie dobrze zniesie go Wielka Brytania, której społeczeństwo będzie mniej wrażliwe na drastyczne cięcia wydatków w sektorze publicznym, chociaż z drugiej strony mocno odczuje recesję w filarze swojej gospodarki – sektorze finansowym. Jeżeli nastąpi rewolucja w systemie obiegu kapitału, może on nawet runąć całkowicie. Poradzą sobie Niemcy – jedyny europejski kraj wytwarzający na ogromną skalę niezliczoną liczbę wysoko przetworzonych, posiadających realną wartość, dóbr.

To właśnie dlatego Liga Północna we Włoszech próbuje się pozbyć południowego balastu, a tendencje są tym silniejsze, im cięższe czasy są. To dlatego Francja nie chce szerokiej Unii, z potężnym rynkiem zbytu, tylko wąskiej federacji najbogatszych i najstabilniejszych państw – bo bardziej jej zależy na finansowaniu jej socjalu przez realnie bogate państwa, jak Niemcy, bez potrzeby dzielenia się dorobkiem np. z Polską. To dlatego w końcu Wielka Brytania stara się izolować od wspólnych unijnych kosztownych przedsięwzięć jak najbardziej.

Dlatego też w najbliższym czasie Francja i inne kraje Południa będą forsować ideę zawężonej Unii, małej integracji w ramach bogatych państw, które jeszcze mają z czego płacić za ich długi. Wielka Brytania zaś będzie forsować Unię luźną, z możliwie słabą siecią wzajemnych zobowiązań.

Dlatego też Polska, będąca gospodarką relatywnie słabą, ale stabilną, nie powinna popierać pomysłów południowych molochów z rozbuchanym ponad miarę socjalem. Nie powinna też solidaryzować się z Wielką Brytanią, której najlepiej służy izolacja. Nie powinna przede wszystkim dlatego, że taki model jest krótkowzroczny i służy wyłącznie którtkoterminowym, egoistycznym korzyściom wybranych krajów. Długofalowo zawsze korzystne jest, aby cały region rozwijał się, w miarę równomiernie, sumarycznie tworząc jak najwięcej dóbr, które następnie trafią do jego mieszkańców i podniosą ich poziom życia. Nie ma innej drogi, aby było lepiej. Po prostu.

Jest jeszcze oczywiście opcja całkowitej formalnej dezintegracji. Ale, jako się na początku rzekło – rzeczywista dezintegracja jest prawie niemożliwa. Europa więc pozostanie, choć bez traktatów, ale i bez większych barier. Może rezulatem będą bankrutująca Hiszpania, Portugalia i południowe Włochy, od których zdąży się zawczasu oddzielić politycznie Liga Północna i umyć ręce. Fale zamieszek tamże, być może jakieś dramaty, być może oddanie w administrację Chinom Madery, Wysp Kanaryjskich, Sardynii – w zamian za wykup obligacji po nominalnej cenie. A potem spokój.

Nie jestem niemieckim podatnikiem, któremu grecki darmozjad przejadł podatki, a teraz jeździ po jednej z najtańszych w Europie autostrad, zbudowanej za podatki tego samego Niemca. Nie mam więc o co się wkurzać i ratować UE za wszelką cenę. Nie jestem też temu Niemcowi wiele winien. Jak przyjdzie co do czego, możemy się zawsze, myślę, dogadać. Akurat nam jakoś będzie łatwiej.

Jak dla mnie zatem, może być.

===============================================================================

* Alternatywą jest powrót do – nieuchronnie zgubnych w skutkach – antagonizmów, opartych o metafizyczne narodowe przesłanki. Nacjonalizm na modłę tych z początku XX wieku, spopularyzowany w czasach, kiedy zazdrośnie walczono o zasoby, a synergii zglobalizowanych mechanizmów wytwarzania dóbr jeszcze nie poznano, podsycany jest w naszym kraju ** i zyskuje sporą popularność ze względu na dwa czynniki.

Po pierwsze, tworzenie metafizycznych wspólnot podnosi samoocenę ich członków poprzez urojoną wartość, jaką czerpią z samej przynależności do wspólnoty, gloryfikując jej metafizyczne cechy, zazwyczaj silnie symboliczne, automatycznie przynależne wszystkim jej członkom. Polska zaś jest krajem stosunkowo krótko po poważnej transformacji ustrojowej, wciąż przeżywającym dość gwałowną transformację cywilizacyjną. Jednocześnie poziom życia znacznej części obywateli jest niewysoki, przez co wpędzający ich we frustracje i osłabiający samoocenę. Grunt zatem jest podatny. Mówiąc krótko – człowiek potrzebuje być z czegoś dumny, a kiedy nie potrafi sam odnieść żadnego sukcesu, zyskać szacunku, poważania, to szuka poczucia sukcesu i poczucia wartości gdzie indziej. A takowe daje “duma z przynależności” – np. do narodu (czy choćby bandy kiboli, stąd duża nadreprezentacja jednych u drugich). Zamiast własnych sukcesów, można być dumnym z sukcesów Zawiszy Czarnego, Jana III Sobieskiego czy Tomasza Adamka.

Po drugie zaś, jako Polacy mamy ciężkie doświadczenia historyczne z najnowszych dziejów, gdzie padaliśmy ofiarą innych nacjonalizmów właśnie. Historycznie zatem jesteśmy stosunkowo bardziej podatni na uleganie archaicznemu sposobowi myślenia z pierwszej połowy XX wieku, kiedy nacjonalizm implikował wrogość. Będąc wówczas, bardziej niż inni, ofiarą tejże wrogości, trudniej nam dziś jest się pozbyć obaw. Nacjonalizm u Polaków to zatem często swoista reakcja obronna wobec nie tak znowu zatartych traumatycznych wspomnień.

Krótko mówiąc – dziś wciąż sporo ludzi wierzy, że rzeczywistość jest walką, w której rozstrzyga się tylko to, czy my ich, czy oni nas. Dodatkowo walka ta rozgrywa się na metafizycznym poziomie jakichś wspólnot, głównie narodów. Najbardziej kuriozalne jest, kiedy to myślenie próbuje się wpasować w rynkową zasadę, z guntu dobrej i pożądanej, konkurencji. Błąd tego myślenia polega na tym, że metafizyczna wspólnota ‘po narodowości’ nijak się ma do ekonomicznych mechanizmów, które działają pomiędzy podmiotami gospodarczymi. Producent jogurtów z Bielska Białej ma, w warunkach doskonałej konkurencji, taki sam (z ekonomicznego punktu widzenia) powód konkurować z producentem jogurtów z Białegostoku, jak z producentem jogurtów z Marsylii czy z Baden-Baden.

** Ostatnie przejawy polskiego nacjonalizmu w wydaniu naszej niezawodnej Opozycji sięgają już prawdziwych szczytów populizmu. Popularność tych kretynizmów wpędza mnie w autentyczne patriotyczne przygnębienie, jak wielki odsetek moich rodaków jest na tyle tępa, że wciąż to łyka.
Niezawodnej Opozycji zdarzyło się ostatnio popokrzykiwać i “IV Rzeszy”, “rezerwatach” i innych co weselszych porównaniach przy okazji deklaracji naszego MinSZ, że chciałby głębszej integracji UE. Sama konstatacja, że Niemcy są największą gospodarką i najludniejszym krajem Europy implikuje dla nich automatycznie poddaństwo Polski temu krajowi w przypadku dowolnej integracji (a w zasadzie to co zmieni brak integracji?). Niestety, chyba nigdy nie dane mi będzie zgłębić tej logiki, bo jeśli poddaństwo jest zupełne, to czy analogicznie mówimy o całkowitym poddaństwie Teksasu wobec Kalifornii, nie mówiąc już o NY czy DC? A jeśli nie jest zupełne, to czy aby nie warto wziąć na siebie tego poddaństwa, aby z kolei zapanować nad ponad dwudziestką innych krajów w Europie, w tym Holandią, Danią, Finlandią czy Irlandią?

05/11/2011

Szanowne PiSiaki…

…te, które jeszcze zachowały resztki zdolności racjonalnego myślenia. Jeżeli nawet teraz, po ostatnich cyrkach, nie dotarło do Was, jakiemu bydłu kibicujecie, to chyba już nic Was nie uratuje.

Być może przełknęliście swojego czasu odejście Jurka (ostatniego konserwatysty), Dorna (ostatniego styropianowego opozycjonisty PRL), ekipy PJN (ostatnich bez piany na ustach). Być może nawet jakoś radzilisie sobie z faktem, że najbliższe otoczenie Waszego guru stanowią już wyłącznie intelektualno-moralne dna w rodzaju Karskiego, Błaszczaka, Brudzińskiego, Hofmana czy Fotygi.

Teraz macie kolejny rozłam. Odchodzą młode, cyniczne wilczki, o ambicjach na miarę starzejącego się i gorzkniejącego, mściwego, zakompleksionego paranoika, będącego obecnie ich politycznym zwierzchnikiem. Tak samo jak on, jedyną ich motywacją jest przemożna chęć władzy. Kaczyński już zatracił, mimo chorobliwej żądzy, możliwość jej uzyskania. A oni nie chcą trwonić przy nim swej energii. Wolą – i słusznie – wybrać własną drogę.

Szanowne PiSiaki – wiem, że nie interesuje Was przyszłość Polski, jej ekonomiczna stabilność, dobrobyt, rozwój, modernizacja. Wiem, że jedziecie wyłącznie na umocowanych historycznymi doświadczeniami emocjach. Wiem, że “polityka zagraniczna” to dla Was pojęcie wywołujące automatycznie skojarzenia: “Rosja i Niemcy – be, USA – cacy, reszta – a co to?”. Wiem, że macie w dupie to, ile będzie za 5 lat przejezdnych autostrad, jaki będzie poziom cyfryzacji US czy ZUS.

Wiem, że nadal nie tylko politykę, grupy interesów, ale i psychologię pojedynczych obywateli mierzycie miarą: “komuch vs. przyzwoity” rodem z czasów PRL-u. Wiem, że nawet wg tej miary ważne są dla Was arbitralne osądy Waszego guru (“my tutaj, oni tam gdzie ZOMO”), a nie fakty (Kryże, Jasiński, Wasserman, Karski itp. w PiS, vs. cała realna anty-PRLowska opozycja poza PiSem, głownie w PO).

Szanowne PiSIaki! Wiem, że ogólnie jesteście zgorzkniali i nakręceni. Wiem, że wszelkie informacje z kraju i ze świata czerpiecie nawzajem z siebie, ze swoich relacji, przekłamanych i zwyczajnie nieprawdziwych doniesień, “ziemkiewiczowskiego riserczu” i ogólnego przekonania, że wszystko, co opublikowane poza memsferą pisowskiego pierdolca, to sowiecka putionowsko-tuskowa propaganda.

Mimo to wszystko powyższe mam nadzieję, że część z Was – przynajmniej ta, której do mózgów pompowowana jest jeszcze natleniona krew, a nie nasycona żółcią piana z pysków – przejrzy jeszcze na oczy. Dostrzeże, jaką tragedią polskiej polityki jest znaczące zagospodarowanie elektoratu przez cwaniaków budujących swoją polityczną popularność wyłącznie na zapiekłych, bezmyślnych emocjach zgorzkniałych ludzi, którzy nie mają już od otaczającego świata żadnych pozytywnych oczekiwań.

Wyjeżdżam sobie na urlop, do ciepłych krajów, na całe dwa tygodnie. Odpocznę od prozy życia w którym tyram – z sukcesami, nie powiem – na swój byt i swojej rodziny. Decyzje, również polityczne, podejmuję w oparciu o pragmatyczne przesłanki dające podstawy do nadziei na jego spokojną kontynuację.

Tego życzę i Wam. A więc, zarazem, opamiętania. Nigdy nie jest za późno.

16/10/2011

Hey, j-j-jaded…

Młodzi wkurzeni wyszli na ulice. Są wkurzeni i wiedzą na kogo. No właśnie – wiedzą?

No tak, to oczywiste, kto jest tym wcieleniem zła – kapitaliści. Bankierzy, spekulanci, tłuści prezesi w cylindrach, z cygarami, schowani w wielkim fotelu za wielkim biurkiem, spoglądający z pogardą na świat maluczkich, rozciągający się kilkadziesiąt metrów poniżej, zza pancernej szyby wielkiego okna w swoim biurze…

Chodzi o wskazanie wroga, a nie o rozwiązanie problemu. Skąd “wkurzeni” mają niby wiedzieć, co powoduje kryzys? A czy oni w ogóle chcą cokolwiek rozwiązywać? Może przy okazji – ale najważniejsze jest, żeby dowalić tym, którzy są winni. Niech zatryumfuje Sprawiedliwość.

W blokach reklamowych czołowych tiwi można dziś zobaczyć reklamę bezpiecznych lokat – w złocie. Przyznam się, że w swoim krótkim życiu pierwszy raz widzę komercyjną reklamę skierowaną do mas, aby inwestować w złoto.

Parę lat temu amerykański oszołom, Ron Paul, banita Partii Republikańskiej, zaczął nawoływać do przywrócenia parytetu złota. Buhaha.

Jeżeli w systemie, który na całym świecie polega na tym, że jedynym pokryciem papierków reprezentujących liczbowe odzwierciedlenie wartości ekwiwalentu dowolnego rzeczywistego dobra jest samopoczucie ogółu obywateli, pojawiają się reklamy inwestycji w wartość realną – to znaczy, że cośjest na rzeczy.

Przewiduję ponure czasy. Już politycy przymierzają się do rzucenia wkurzonym tłumom “winnych” światowego kryzysu – bankierów i spekulantów. Szykują się czystki. Bankierów zakuje się w dyby, banki zamknie, ludzie z dnia na dzień oddadzą karty, wycofają lokaty, pospłacają kredyty… oh wait.

Spekulantów też zakuje się w dyby. Konkretnie pana Józia, który się zwierzył przy piwie sąsiadowi, żę poczeka dwa miesiące z zakupem trzech ton węgla, bo ma potanieć.

Oto właśnie, jak dzisiaj reaguje się na problemy. Znajduje wroga i rzuca na pożarcie tłumowi. Tłum chce chleba, ale dostaje igrzyska. Cokolwiek mało widowiskowe, ale i tak mu wystarczy. A następnym razem już mu braknie pomysłu, będzie sobie cierpiał po cichu. “Nie mogę powstać, bo mnie dręczy głód” – odpowiada w pewnym dowcipie sprzed dekad osobnik na słowa drugiej linijki “Międzynarodówki”.

Są tacy ludzie, którzy niewiele robią, a bardzo dużo mają.
Są tacy ludzie, którzy robią bardzo dużo, a niewiele mają.

Jeżeli miałbym tworzyć jakąś ogólną teorię rozwoju świata, to wydaje mi się, że zasadza się ona na tym, która z tych tam dwóch obserwacji jest powodem buntu i motorem zmian.

Jeżeli ta druga, to mamy postęp.

Jeżeli ta pierwsza, to mamy przej***…

09/10/2011

Zagłosowałem

Nie mam nic przeciwko krytycznym mediom patrzącym władzy na ręce. Ale wolałbym, żeby krytyka była merytoryczna i oparta na faktach.

* * *

W 2007 roku założyłem się z jednym kolegą, że po wyborach powstanie koalicja PiS-SLD(LiD). Nie pamiętam o co się założyłem, ale było to coś wartościowego. Mój kolega twierdził, że oszalałem, a ja twardo nalegałem na zakład.

Zakład nie został rozstrzygnięty. Obaj się bowiem wcześniej zgodziliśmy, że zakład będzie obejmował tylko taką sytuację, w której rzeczone partie dostaną sumarycznie większość mandatów. Nie dostały – co zresztą było niemałym zaskoczeniem chyba nie tylko dla mnie.

Wspominam o tym, gdyż sytuacja dziś trochę się powtarza. Tyle że warunki są troszkę zmodyfikowane. Po pierwsze dlatego, że dziś raczej nie ma szans na tak silne zwycięstwo jakiejkolwiek partii, jak w zeszłych wyborach. Po drugie dlatego, że raczej będzie trochę więcej partii. A po trzecie dlatego, że sytuacja jest dziś bardziej nerwowa, ponura i emocjonalna. Mniej jest faktów, konkretów, merytoryki. Nie konfrontuje się poglądów, a raczej szczerość intencji.

Jeżeli ktoś chce dziś podjąć rywalizację, jest jeszcze czas – idę na to samo. Twierdzę, że po wyborach powstanie koalicja PiS-SLD bądź PiS-SLD-PSL, jeżeli te zestawy dadzą większość. Twierdzę, że nie ma szans na koalicję PO-SLD w dowolnej konfiguracji. Nie z jakichś przyczyn etyczno-ideologicznych. Z przyczyn bardziej przyziemnych – i Kaczyński, i Napieralski mają straszne ciśnienie na władzę. Z innych powodów – Kaczyński ma obsesję odsunięcia Tuska od władzy, a Napieralski obsesję zaistnienia jako realny, dzierżący władzę polityk. Moim zdaniem te czynnik sprawiają, że żadnego z nich Tusk nie jest w żadnym razie w stanie przelicytować.

Powtórki wyborów nie będzie. Ktoś się z kimś dogada. PO i PSL raczej większości nie dostaną.

Zakładamy się?

OK, to przejdźmy teraz do rozwinięcia tytułu notki.

Mamy kryzys, co jest ważne. A ja mam już swoje lata (trochę mocno po trzydziestce, że się tak przyznam), ale mimo to wciąż mam potencjał wyrastania. I w tym roku też z czegoś wyrosłem. Otóż wyrosłem z doktrynerstwa.

Ja wciąż uważam, że wolność to absolut, że jej ograniczanie jest obiektywnie nieetyczne. Ja wciąż uważam, że państwo to wredny twór i powinno się zajmować jak najmniejszą ilością spraw. Ja wciąż jestem w jakimś sensie kimś, kogo określa się ‘obelgą’ – „korwinista”.

Jestem korwinistą, który wszelako stąpa po ziemi. Państwo zajmuje się tym, czym się zajmuje i nie przestanie. Nikt tego nie zmieni, chyba że świat nam się przemodeluje w wyniku globalnej rewolucji. A póki co, rząd (każdy) robi tyle, ile robi, i nie jest specjalnie ważne, że chciałbym, żeby robił mniej.

Ten rząd trzeba wybrać, a skoro tak, to niech tworzą go ludzie, którzy przede wszystkim wiedzą, co należy robić. I jak.

Nie mam nic przeciwko krytycznym mediom patrzącym władzy na ręce. Ale wolałbym, żeby krytyka była merytoryczna i oparta na faktach. Niestety, mediami rządzi dziś oportunizm wobec nachalnego forsowania memów. Cóż – wolny rynek to wolny rynek. Klient chce, klient ma. A klient oczekuje po medialnych niusach, że będzie mógł się wkurzyć. To znaczy, tak naprawdę, będzie mógł sobie uzasadnić, dlaczego się wkurza. I znaleźć swojego wkurzenia cel.

Urzędujący rząd ma na sumieniu wiele grzechów. Niestety to, za co jest powszechnie i nachalnie krytykowany, prawie nigdy nie należy do tego zbioru. Jedyny jako tako medialnie propagowany, to rozrost biurokracji. Jako tako – bo jest dalece zepchnięty poprzez zarzuty kompletnie oderwane od faktów, rzeczywistości czy zdrowego rozsądku.

Żeby być bardziej konkretnym, omówię w kilku zdaniach trzy zarzuty, jakie w moim mniemaniu pojawiają się w mainstreamie publicystyczno-informacyjnym najczęściej i najgłośniej.

1. Stan finansów publicznych.

W krótkich żołnierskich słowach – wzrost za rządów PO długu publicznego w stosunku do PKB jest wynikiem światowego kryzysu. Dokładnie wszystkie pozostałe partie obecne w Sejmie w tym czasie forsowały rozwiązania, które ten dług tylko by zwiększyły. Rząd Tuska wyjątkowo twardo prowadził politykę wbrew tym sugestiom. Czemu rząd PO jest w kwestii tego długu winien, najlepiej niech pokażą takie dwie grafiki:

Europa:

Polska:

Jak widać, dynamika wzrostu długu w Polsce jest wyraźnie słabsza niż dla średniej europejskiej. Mimo dodatkowego czynnika w stosunku do strefy euro, że w dobie kryzysu złotówka traci do euro, co nominalnie dodatkowo pompuje dynamikę.

2. Infrastruktura.

Bezdyskusyjnie najlepszy minister infrastruktury wolnej Polski Cezary Grabarczyk jest nieustannie celem ataków wściekłej opozycji i kłapiących za nią dyletanckich siepaczy medialnych. Pomijam już kurioza, kiedy w wiadomościach biadolą nad złym stanem nowo oddanej drogi, pokazując jako ilustrację szczelinę dylatacyjną przed wiaduktem (filmik to ilustrujący niestety zniknął z jutjuba). Niemniej typowym zachowaniem medioopozycji w ciągu ostatnich lat jest notoryczne narzekanie albo na jakieś bzdury (typu „10 km A1 zbudowane po straszliwie wysokiej cenie!” – przy przemilczeniu sytuacji z pozostałymi kilkoma setkami, budowanymi poniżej średnich kosztów w Europie), albo na sytuacje słabo od ministra zależne, albo wręcz przedstawianie jako porażek/błędów ewidentnych sukcesów Grabarczyka.

Najbardziej znamienne przykłady na dwa ostatnie to frontalny polityczno medialny atak na Grabarczyka za kilkudniowe kłopoty PKP z ustaleniem rozkładu, skutkujące przepełnionymi bądź nieterminowo odjeżdżającymi pociągami („PO zaprowadziła chaos na kolei” – tymi słowami zaczyna swój spot jedna z lewicowych partii opozycyjnych). Zupełnie ignorując fakt, że tego typu problemy zdarzają się dokładnie co roku, w tym samym czasie, dokładnie też co roku w newralgicznych datach pociągi są przepełnione. W 2009 roku sytuacja została spotęgowana przez dwa dodatkowe czynniki – remont większości dużych dworców (za Grabarczyka nakłady na modernizację kolei w Polsce wzrosły ponad dziesięciokrotnie – a że nic się w jeden dzień nie zbuduje, przejściowe utrudnienia są nieuniknione) oraz wyjątkowo ostrą zimę 2009-2010. W Niemczech tamtej zimy pociągi miały poważniejsze problemy, media podawały informacje o pasażerach nocujących w pociągach utykających na trasach. A zima w Polsce była ostrzejsza niż w Niemczech. Co ciekawe – w Niemczech nikomu z opozycji, a tym bardziej mediów, nie przyszło do głowy krytykować za ostrą zimę ministra…

Drugim przykładem jest nagonka na rząd Tuska za oświadczenie, że plan budowy dróg zostanie okrojony. Plan robiony w czasie prosperity, ograniczony na czas potężnego kryzysu, i tak realnie przyniósł nam grubo ponad połowę wszystkich autostrad i ekspresówek, które zbudowały wszystkie dotychczasowe rządy z NSDAP włącznie (do dziś jeździmy jednym pasem Hitlerowskiej A18).
Grabarczyk zrewolucjonizował budownictwo drogowe, dodatkowo działając w skrajnie trudnych warunkach początkowych (niedostosowane prawo do wymogów UE i całkowicie wstrzymane fundusze). Jego praca to jakościowy zwrot w historii Polski, inwestycje wreszcie idą sprawnie i nie utykają w sądach (czego modelowym przykładem był przypadek Covecu, kiedy udało się odsunąć nierzetelnego wykonawcę, oddalić jego odwołanie i wznowić inwestycję… w dwa miesiące; wcześniej takie sprawy trwały latami – dlatego zresztą sprytni wykonawcy potrafili szantażować władze żądając nagle większych pieniędzy niż w kontrakcie, wiedząc, że minister idąc na wojnę prawną odwleka sobie poważnie ważną dla wizerunku inwestycję).
No ale to oczywiście mało. Narzekać trzeba.

3. Smoleńsk.

Nie chce mi się o tym gadać. Powiem tylko dwie rzeczy.

Po pierwsze, katastrofa Tu-154M 101 jest, statystycznie biorąc, jedną z najlepiej wyjaśnionych katastrof lotniczych w historii. Są wszystkie ślady, dowody, nie ma żadnych sprzeczności. Sam fakt, że samolot rozbił się w lesie, dostarczył dodatkowych śladów, dzięki którym można było nawet ustalić dość dokładną trajektorię końcowej faz lotu. Sprawa jest więc przykra, ale całkowicie niekontrowersjna. Tzn. powinna być. Gdybyśmy żyli w normalnym kraju, bez speców od socjotechniki, którzy na bazie dowolnego banału umieją wpompować w miliony obywateli potężną szajbę.

Po drugie, w katastrofie zginęło 96 osób, z czego tylko kilka z PiSu, a kolejne kilka w jakiś sposób z PiSem związane (Kurtyka, Walentynowicz itp.) Mimo to histerię rozpętał PiS i tylko PiS oskarża i ciągnie paranoję. Do przemyślenia.

To tyle. Pora na spowiedź.

Tak, właśnie tak. Zagłosowałem na listę nr 7, Platformę Obywatelską Rzeczpospolitej Polskiej.

Pierwszy raz w życiu, tak na marginesie (nie licząc Komorowskiego w drugiej turze).

A na następnym marginesie – nie wiem, jaki numerek zostanie nadany Rzeczpospolitej po dzisiejszych wyborach. Ale mam ponure przeczucie, że będzie to kolejna odsłona Rzeczpospolitej Kaczyńskiej.

13/05/2011

Patriotyzm pozytywny

Śledzę z dużym zainteresowaniem emitowany obecnie w TVN show „X-Factor”, z zasadniczego powodu – udziału w nim znajomego sprzed lat, Gienka Loski. Choć sam show stoi na średnim poziomie *), oglądanie Giena daje mi dodatkową (poza oczywistą przyjemnością słuchania jego znakomitego wokalu) satysfakcję – kiedy obserwuję istny szok serwowany przez niego tak jurorom, jak widzom. Gieno to bowiem stary sceniczny wyga, wychowany na muzyce z jej najlepszych lat, o których paniusie pokroju Sablewskiej, psim swędem wtrynione w nasz malutki szołbiznesik, mają pojęcie bardzo blade. Ich rachityczny światek estetyki zamknięty jest w wąziutkich horyzontach, dlatego tonaż Spuścizny i Talentu, połączonych w osobie Gienka, po prostu go burzy, miażdży i całkowicie wypełnia sobą.

Ale ja nie o muzyce chciałem. X-Factor przypomniał mi Giena – ulicznego muzyka, którego pierwszy raz zobaczyłem ponad 10 lat temu w Krakowie. Nie widywać go nie było zresztą wtedy łatwo, trzeba byłoby chyba w ogóle nie bywać w centrum miasta. Jeśli gdzieś na Rynku stał zbity tłum, to prawie na pewno było to audytorium „Seven B”, a raczej dwójki muzyków tego zespołu – gitarzysty Makara i Giena właśnie, entuzjastycznie przyjmowanych ulicznych grajków, tak przez mieszkańców Krakowa, jak i turystów. W szerszym składzie Makar z Gienem grywali koncerty po klubach i na imprezach zamkniętych – jak na ‘knajpiany zespół’ byli wtedy w krakowskiej czołówce i nieźle z tego żyli.

Obaj są Białorusinami. Jako gówniarze przyjechali do Polski szukać szczęścia w ulicznym graniu. Znaleźli go całkiem sporo, choć po latach ich drogi rozeszły się – Gienek był zawsze bardziej nieobliczalny, niezbyt kontaktowy. Co tu dużo gadać – jak na rasowego muzyka rockowego przystało, pił na umór. Prowadził życie z dnia na dzień, de facto życie utalentowanego kloszarda. Później wiele zmienił poważny wypadek i uraz głowy, rekonwalescencja, groźba utraty swojego głównego (jedynego?) życiowego atutu – miażdżącego wokalu.

Dziś Gienek nie pije, choć wciąż gra na ulicy jak przed laty, nawet wygląda jak przed laty. Ma jednak żonę, ustatkowane życie. No i teraz – wrota coraz szerzej otwierające się do wielkiej sławy i kariery. Której, niewykluczone, wcale nie pragnie.

Gienek mówi o sobie: „jestem Polakiem białoruskiego pochodzenia”.

Nie rozmawiałem z Gienkiem od lat, oprócz paru zdawkowych zdań, które zamieniłem z nim parę miesięcy temu, zdziwiony widząc go we Wrocławiu. Niemniej przypuszczam, że gdybym pogadał, powiedziałby mi coś takiego:

„Przyjechałem do tego kraju naście lat temu. Wyglądałem i zachowywałem się tak, jak przyjmuje się, że zachowuje się społeczny margines. Jednak zostałem doceniony, miałem przyjaciół i fanów, mimo iż nie zrobiłem nic, aby dostosować się do jakiegoś kanonu. Będąc sobą robiłem to, co wtedy uznawałem, że najbardziej chcę robić. Przychodziło mi to łatwo, zbyt łatwo – nabawiłem się poważnych kłopotów. Nie spodziewałem się jednak, że gdy pijak rozbije sobie głowę, to państwowi lekarze z najwyższej półki poświęcą wiele ze swojego czasu i pełnię swojego profesjonalizmu, żeby zawzięcie ratować mu życie. A jednak uratowali mnie, dwukrotnie. Mogłem znowu robić, co chciałem, mogłem znowu chlać. Sam zdecydowałem, że koniec z tym. Wtedy znalazłem dom, rodzinę.
Wszystko to stało się tutaj, w Polsce. Przyjechałem tu naście lat temu, szukać szczęścia. I to szczęście znalazłem. A może raczej ono mnie odnalazło – bo ja sam robiłem wiele, żeby mu w tym przeszkodzić.
Jestem Polakiem. Wyprałem spodnie z białoruskim paszportem w środku – i tak zostałem Polakiem. **)”.

Kiedy myślę o Gienku, to doznaję przyjemnego olśnienia. Otóż uzmysławiam sobie, że Gienek jest patriotą. Tak mi się jakoś wydaje – bo jak potrzebuję poszukać dobrego desygnatu tego słowa: „patriota”… to Gienek jakoś tak nasuwa się. Tak, Gienek na pewno jest patriotą. Polskim patriotą. Gościem, który poznał ten kraj i znalazł poważne powody, aby go pokochać.

* * *

Mały chłopiec mieszkający w Polsce, zanim stanie się dorosłym chłopcem, słyszy często to słowo: „patriotyzm”. Słyszy je w szkole – na lekcjach historii, polskiego. Słyszy je w telewizji, kiedy puszczają różne ciekawe filmy. Czyta je w książkach. Słucha w rozmowach z rodzicami, starszym rodzeństwem.

Zanim mały chłopiec stanie się dorosłym chłopcem, ma już dość szerokie rozeznanie w temacie takim, kto to są „patrioci”. Ci, którzy walczyli o. Ci, którzy ginęli za. Rozpadnie się krzyżacka zawierucha, a Niemiec nie będzie pluł nam w twarz. Zabory, powstania, okupacja. Komunizm, łagry, wynaradawianie. Krew, pot, łzy i ofiary. Miliony ofiar.

Historia, nie tylko Polski, jest brutalna. Dużo w niej wojen, niezdrowych namiętności, śmierci i cierpienia. Dużo w niej rozpaczliwego poszukiwania sensu dla tego wszystkiego. Zginęli za, cierpieli za. Patrioci.

Jeśli rodzice małego chłopca są wystarczająco zamożni, to jeżdżą z nim po świecie i czasem chłopiec może zobaczy coś, jak flagę w oknie domu. Pyta co to, z jakiej okazji. Bez okazji – dowiaduje się. W różnych krajach – Kanadzie, Szwajcarii, itd. – ludzie czasem tak robią. Wywieszają sobie w oknie flagę. Bo lubią swój kraj, a że przywiązują wagę do swoich symboli, to tak chcą się swoją sympatią podzielić z innymi. Wywieszają, mimo iż nikt im tego dnia, przed iluś laty, nie wymordował części narodu. Setek, tysięcy, milionów patriotów. Nie – ot, po prostu, wywieszają. Bez upamiętniania jakichś ofiar. Bez okazji.

Jest czas wojen i czas pokoju. Najstraszniejsza wojna była kilkadziesiąt lat temu i dotknęła bardzo wielu. Nas, Polaków, szczególnie. Tym bardziej, że jej koniec nie oznaczał dla nas końca niedoli.

Dziś świat wygląda jakby spokojniej. Na naszym cywilizacyjnym poletku udało się jakoś opanować konflikty. Nie ma wojen, nawet tych zimnych. Ludzie wreszcie są ludźmi i mają ludzkie problemy – wroga w człowieku określa jego charakter, a nie kolor munduru.

Ludzie w różnych krajach – w jednych mniej, w innych bardziej – czują się patriotami. Amerykanie kochają swój kraj za jego niedoścignioną potęgę. Szwajcarzy za piękne widoki. Kanadyjczycy za wolność i siłę. Anglicy za historię i piętno kulturowe na wszystkich kontynentach. Polacy – za heroizm i cierpienie rodaków. I niezłomną postawę wobec wroga.

Co pozostaje z naszego patriotyzmu, kiedy wroga braknie? Jak miłość do Ojczyzny okazać? Tutaj następuje problem, bo program edukacji patriotycznej nie przewiduje za wielu takich sytuacji, a co bardziej abstrahujący od martyrologiczno-militarystycznych przejawów patriotyzmu twórcy zachwycali się Ojczyzną cokolwiek różną od dzisiejszych kanonów jej piękna (jakże prawdziwy patriota ma się np. zachwycać polami zielonymi szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionymi, kiedy nad Niemnem dziś Polaków szykanują, a i sama rzeka już nie tak niebieska?) Pozostaje nam Małysz i Kubica, bigos, kiełbasa i piwo Tyskie…

Czy aby na pewno tylko to? Zagranicą cenią nas za pracowitość, otwartość, mocną głowę do picia. Naprawdę cenią nasze piwo. To wcale nie tak mało, a przecież to tylko początek. Naprawdę jest czym się zachwycać i z czego być dumnym. I na tej ziemi, i w tych duszach niepokornych.

Mimo to pozytywny patriotyzm u nas jakoś się nie zagnieździł. Słuchając niektórych piewców ‘patriotyzmu’, wydaje się, że patriotyzm bez wroga, bez cierpienia, jest niemożliwy. Dlatego Wroga szuka się – i znajduje. ‘Patrioci’ są przez Wroga wykluczani, poniżani, szykanowani. Za swoją polskość.  Za swój patriotyzm. Kto nie cierpi – jest wrogiem. Kto cierpi – jest patriotą. Proste i użyteczne. Wróg i zadawany przez niego ból, szykany, śmierć, istnieć musi. Bo bez wroga nie byłoby bólu, śmierci i szykan, czyli nie byłoby też patriotyzmu. A patriotyzm jest ważny. Czasem to jedyne, co daje poczucie wartości. Co cynicznie umieją wykorzystywać cwaniacy działający w branży, gdzie “patriotyzm” jest istotną, dającą realne korzyści, marką. Kółko się zamyka.

Czy da się jeszcze odczarować „patriotyzm”? Czy uda się kiedyś użyć tego słowa bez obawy, że wygłasza się automatycznie jednoznaczną deklarację całego pakietu poglądów związanych z pełną gamą szczegółowych bieżących wydarzeń politycznych?

* * *

Pojutrze kolejny odcinek X-Factor. Już nie mogę się doczekać, aby kibicować Gienkowi, który znów rzuci na kolana jurorów, który znów podniesie całą salę z miejsc i zmusi do ogłuszających wrzasków i owacji.

Gienek Loska – polski patriota. Być może pierwszy, historyczny, pozytywny polski patriota.

- – -

*) konkurencyjny, choć też nierewelacyjny „Must Be the Music” w Polsacie bił X-Factora muzycznie na głowę, choć X-Factorowi trzeba przyznać bardziej oglądalnościogenną formułę i ogólnie widowiskowość – jego profesjonalizm kładzie jednak żenujące jury, w którym Kuba Wojewódzki, o dziwo, jako jedyny trzyma jako-taki poziom.

**) To tekst samego Gienka – z pewnej jego muzycznej fraszki.

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.