Skip to content

Metamorfoza

Blogowanie to ogólnie rzecz biorąc takie zajęcie, które powinno mieć jakiś sens i cel. Przyłapałem się na tym, że gdyby zapytać o ten sens i cel mnie, musiałbym się chwilę zastanowić. No właśnie – po cholerę w ogóle to robię?

Nie mam zamiaru na tym zarabiać, jak jakaś Kasia Tusk. Nie prowadzę marketingu jakiejś swojej działalności, jak politycy, publicyści czy coryllusy. Nie uważam, że jako członek „blogosfery” stanowię ważny głos w obywatelskiej publicystyce „niezależnej”, jak większość pacjentów Psychiatryka24 i jego odłamów.

Po namyśle wychodzi mi, że po prostu czasem musze sobie ulać. A że nie ma akurat pod ręką kogoś, kto zrozumiałby moje głębokie intelektualne przemyślenia, tworzę swój jednoosobowy wirtualny klub dyskusyjny. Blogowanie daje ułudę wymiany myśli i poglądów, w towarzystwie dopasowanym inteligencją, obyciem, erudycją i kapitałem kulturowym (co niestety często szybko jest brutalnie weryfikowane pojawieniem się durnego komentarza jakiegoś kretyna; na szczęście specyfika internetowej wirtualności daje tutaj znakomite narzędzia do utrzymywania higieny).

Przyglądając się krytycznie temu miejscu, tzn. miejscu o kryptonimie kshmr.wordpress.com, doszedłem do wniosku, że ma ono kilka poważnych wad.

Pierwszą jest częstotliwość umieszczania notek, wynikająca pośrednio z wady 1a, czyli formuły tych notek. ‚Ulanie’ w formie długaśnego i okraszonego szeregiem źródeł felietonu jest może i wartościowe merytorycznie, ale mało zabawne i zajmuje dużo czasu. Jako że jestem zarazem człowiekiem leniwym i zapracowanym, skutkuje to pojawianiem się notki raz na miesiąc albo i rzadziej.

Drugą jest fakt, że stworzyłem tego bloga przenosząc się bezpośrednio z Psychiatryka24, umieszczając o tym tamże informację i przez dłuższy czas również zajawki pojawiających się tu notek. Celem było stworzenie ruchu, co się niejako udało. Można było jednak przewidzieć niefajny skutek uboczny – kto psychiatrykiem się reklamuje, psycholi drenuje. I widać ten efekt po tutejszych komentarzach.

Trzecią jest brak spójnej formuły. Blog jest chaotyczny, co by się jeszcze broniło, gdyby notki były częste i krótkie. Wobec jednak wady nr 1 wybitnie się to gryzie.

Wszystko powyższe powoduje, że ani to wszystko fajne do pisania, ani do czytania. Statystyki udostępniane przez serwis wordpress potwierdzają to brutalnie.

Czas zatem na zmiany. Opcje są dwie. Albo daję sobie spokój, ale wtedy mam problem, bo co zrobię, kiedy mi się znowu zachce ulać? Pozostaje więc opcja druga – zacząć jeszcze raz, tym razem Lepiej.

*   *   *

Skoro tak, to chyba wszystko jasne – zapraszam na NOWEGO BLOGA.

Praca do śmierci

Tytułowy slogan pojawia się podczas komentowania niedawnych zmian w ustawie emerytalnej, która przewiduje (w dość odległej przyszłości, czyli dotyczy wyłącznie ludzi dziś względnie młodych) przechodzenie na emeryturę w wieku 67 lat (zarówno kobiet jak i mężczyzn).

Slogan ów powtarzają zgodnie takie ugrupowania, jak PiS, Solidarna Polska i związek zawodowy „Solidarność” (co ciekawe – SLD, również przeciwne zmianom, już go nie używa). Po sezonie ogórkowym debata polityczna odżyła, w niusach ostatnich kilku dni słyszałem/czytałem slogan ten kilkadziesiąt razy.

Problem w tym, że slogan odwołuje się do łatwo mierzalnych statystyk, które pokazują, że w Polsce w 2007 roku przeciętna przewidywana dalsza długość życia dla 67-latków wynosiła 13,37 lat dla mężczyzn i 17,3 lat dla kobiet. Czyli całkiem sporo jeszcze do tej śmierci.
Co więcej, statystyki pokazują, że parametr ten stale rośnie i np. 10 lat wcześniej wynosił 1,5 roku mniej dla mężczyzn i 2 lata mniej dla kobiet. Czyli z chwilą wejścia przepisu w życie, dla tych, których będzie on dotyczył, wartości te będą z pewnością jeszcze sporo większe.

Rzadko się zdarza, że jakiś polityk wali głupie hasło tak łatwe do obalenia twardymi i łatwo dostępnymi danymi. A mimo to, bez żenady, bez specjalnych prostowań ze strony mediów, zupełnie swobodnie dziś to się praktykuje. A przecież to tak, jakby używać sloganu: „za Tuska woda w rzekach zawiera 1,5% benzenu!”, czy podobnego absurdu, zawierającego konkretne i łatwe do obalenia dane.

To tylko jeden przykład. Totalnych głupot w ciągu paru ostatnich dni padło ze strony opozycji o wiele więcej („autostrad tyle co kot napłakał”, zdjęcie prezydenta Gdańska świętującego otwarcie pasa na lotnisku jako dowód na TUSK-UKŁAD-MAFIA-AMBERGOLD-GŁODUJĄCEDZIECI, itp.).

Tak się zastanawiam – gdzie są media? Co robią kabarety? Dlaczego to wszystko nie ląduje w jakimś tok-szoł „Niesłychanie, nie uwierzycie!” czy czymś?

Czy naprawdę mieszkam już w kraju kompletnego zidiocenia, w którym bezkarnie, do kamery, piastując opłacane z podatków wysokie stanowisko, można powiedzieć dowolną bzdurę?

PS. I niejako jeszcze w temacie – dlaczego Macierewicz z Sakiewiczem nie siedzą w pierdlu?

POrażki

Istnieją dwie zasadnicze negatywne konsekwencje faktu, że w obecnej polskiej politycznej rzeczywistości działalność opozycyjna zdominowana jest przez oszołomstwo:

1. Ogłupianie ludzi. Ludzie niestety w większości są głupi i podatni na głupoty, dlatego konsekwentnie realizowana propaganda z użyciem elementów terapii szokowej i jechania po bandzie przesuwa ludziom percepcję „środka” – jeżeli w publicznym dyskursie są obecne tezy coraz bardziej radykalne i absurdalne, to powstaje wrażenie że „coś w tym jest”. Jeżeli zbudowanych jest 1200 km autostrad, a konsekwentnie pompuje się pogląd, że jest zero, to w końcu ludź dość powszechnie zaczyna powątpiewać w te 1200 i podejrzewać, że chyba jednak z pińcset. Jeżeli pompuje się przekonanie, że „ruskie mordujom nam elitarne Elity !!!”, to alternatywa: „wypadek” jest li tylko alternatywą, w dodatku jakąś taką nudną… Zatem, jako że „prawda leży pośrodku”, to zapewne „coś jest na rzeczy”…

Ta strategia jest tym bardziej skuteczna, jeżeli się wie, że przeciwnik nie kwapi się do zrównoważenia oszołomstwa podobną demagogią zakłamywania rzeczywistości, tylko skierowaną w przeciwnym kierunku.

2. Brak krytyki konstruktywnej, przez co umykają prawdziwe problemy. PiS potrafi na przykład jednocześnie krytykować rząd za wysoki dług publiczny, a zarazem za podwyższenie wieku emerytalnego. To jest schizofrenia. Lewica nominalna (SLD) przynajmniej jest konsekwentna i zaleca chromolić dług, byle pompować socjal. Do medialnie nagłośnionego sporu o emerytury przebija się jednak głównie PiS, stąd dyskusja toczy się na poziomie zmagań absurdu ze zdrowym rozsądkiem, a nie różnych poglądów ideowych (socjal i zadłużanie vs. zaciskanie pasa i równoważenie finansów).

Oszczercza i bezczelna propaganda największej partii opozycyjnej wobec rządu ostatnimi czasy spowodowała u mnie potrzebę napisania aż dwóch podobnych w tonie notek [1] [2] – ostrego sprzeciwu wobec tego rodzaju demagogii, ilustrowanego obszernym zestawem faktów i danych. To jest jednak odpowiedź na efekt nr 1 opisany powyżej. Warto jednak napisać też coś w temacie nr 2. Gdyby bowiem słuchać tylko tej krytyki, jaką wobec rządu ma PiS, w konfrontacji z faktami wyszłoby, że rząd PO-PSL jest po prostu doskonały i nie ma żadnych wad. A tak niestety nie jest. Osobliwie jednak wszystkie godne krytyki cechy i działania rządu są przez PiS albo ignorowane, albo wręcz krytykowane w drugą stronę – aby robić jeszcze gorzej (dotyczy to głównie szeroko rozumianych kwestii światopoglądowych).

Niniejszą notką chciałbym zatem wypunktować te rzeczy, które u rządzących nami od pięciu lat polityków, ze szczególnym naciskiem na PO i premiera Tuska, zasługują na krytykę.

I. PR zwany pijarem.

Polityczny PR może być rozumiany mniej lub bardziej szlachetnie – mniej wtedy, kiedy służy tuszowaniu błędów, odtrąbianiu nieistniejących sukcesów (w skrajnych przypadkach przypisywaniu sobie cudzych bądź nazywaniu sukcesami porażek), hurra-propagandzie czy zaniedbywaniu działań pożytecznych na rzecz pustych, acz propagandowo nośnych zachowań. Ten „lepszy” PR to zaś po prostu sprawne informowanie o swoich korzystnych działaniach i konsekwentne dementi wszystkich nieprawdziwych, wykrzywionych bądź przesadzonych krytyk.

PO pierwszego typu nigdy nie praktykowała, i dobrze – zresztą wizerunkowo (a przynajmniej tak chciałbym wierzyć) nie jest to strategia opłacalna również dla cyników, jeżeli ich cele są długofalowe i odpowiednio ambitne (tzn. jest nimi zdobywanie i utrzymywanie władzy, a nie jedynie bezpieczne trwanie w polityce ze stałym betonowym elektoratem), a nie tylko honorowo odrzucana przez politycznych harcerzyków i idealistów. Niestety, PO jest bardzo kiepska również, a może przede wszystkim, w PR-ze tym „dobrym”. Najbardziej ponurym tego przykładem jest casus Cezarego Grabarczyka – ministra, który choć ze wszystkich MinInfra w historii Polski uczynił dla infrastruktury najwięcej, stracił stanowisko wskutek mizernego wyniku w wyborach 2011. Tymczasem właśnie w 2011 roku zaczęły być naprawdę widoczne efekty doskonałej pracy, jaką wykonał Grabarczyk, choć kluczowe decyzje realizowały się gdzieś koło 2008 roku (chodzi głównie o dostosowanie wreszcie prawa budowlanego do wymogów UE, przeforsowanie nowych ustaw drogowej oraz o zamówieniach publicznych). Historyczne wprost zmiany w infrastrukturze – przykładowo, w maju 2011 roku oddano do ruchu węzeł A8/A4 „Wrocław Południe” – pierwsze w historii Polski skrzyżowanie dwóch autostrad (węzeł Sośnica nie był wówczas jeszcze gotowy w kierunku północnym) – odbyły się bez żadnej fety, bez przecinania wstąg, bez kamer. Mimo trzyletnich PR-owych zaniedbań sztab wyborczy PO nagle postanowił na sukcesach Grabarczyka oprzeć kampanię wyborczą 2011 – z tym że wówczas hasło „Polska w budowie” na kampanię 2011 było tyleż psychologicznie nietrafne (brzmi tylko trochę lepiej niż „Polska rozgrzebana”, „Polska ufajdana błotem i cementem” – jakby nie można było tej samej treści przekazać jakimś ładniejszym „Polska w modernizacji” czy coś) , co po prostu spóźnione – jeżeli przez kilka poprzednich lat otwiera się kolejne odcinki autostrad w milczeniu, poprzez usunięcie nocą barierek przez techników, a jednocześnie daje się potulnie obsmarowywać opozycji np. za parudniowe kłopoty na kolei w związku z ostrym atakiem zimy… trudno oczekiwać zmiany wizerunku jednym głupawym hasłem na kampanię. A wystarczyło wzorować się na poprzednikach – Kaczyński nie miał tu żadnych oporów czy wstydu, w świetle fleszy i kamer potrafił przecinać wstęgi na 800 m odcinka A2 w Strykowie, czy na w całości wybudowanym przez rząd Belki odcinku Konin – Stryków.

Katastrofy PR-owe rządu Tuska widać tez na wielu innych polach – obrywanie za kłopoty w prokuraturze czy samorządach (mimo iż odpolitycznianie instytucji i decentralizacja Polski to raczej sukcesy Tuska) , za prywatyzację (kolejny pozytyw), dawanie się rozgrywać Smoleńskiem (przyzwolenie na panoszenie się zacietrzewionych świrów miotających najcięższe oskarżenia), głupawe PR-owe strzały na oślep (walka z „dopalaczami”, ustawa hazardowa, kastracja pedofili, beztroskie i nieprzemyślane forsowanie ACTA), w końcu rozdawanie stanowisk ludziom o wątpliwych kompetencjach, za to sporej popularności (jak się później okazuje – dość ‘słomianej’).

Fatalny PR rządu Tuska widać zresztą prawie przy każdym absurdalnym ataku oszołomskiej strony opozycji, na obronę przed którym rząd jakby nie miał pomysłu. Z udanych ripost pamiętam tylko jedną, jak Kaczyński podczas urlopu Tuska wytknął mu ten urlop, że niby on pracował więcej – wówczas kancelaria PRM natychmiast opublikowała wykaz urlopów Kaczyńskiego, z czego wynikało, że za swojej kadencji urlopował się znacznie dłużej niż Tusk w dowolnym roku. Nie pamiętam jednak podobnych ripost w poważniejszych sprawach, atakowanych przez PiS równie głupio i kłamliwie – jak „praca do śmierci”, wszelkie ataki na stan infrastruktury, stan gospodarki, finansów publicznych czy różne kwestie polityki zagranicznej (jak choćby histeryczny atak na Sikorskiego po jego zręcznym przemówieniu w Niemczech).

PO nie ma, tak jak miał (i wciąż ma) PiS i w niewielkim stopniu wcześniej SLD, obsesji kontrolowania mediów. Najwyraźniej liczy na swoją naturalną popularność wśród targetu mediów prywatnych, konkurujących w oparciu o mechanizmy rynkowe. Powoduje to jednak pewną asymetrię – nie ma ani jednego medium wyraźnie sympatyzującego z PO, niektóre najwyżej bywają doraźnie przychylne na zasadzie selekcji negatywnej. Inne partie, a oczywiście szczególnie PiS, mają lub miewały w przeszłości swoje medialne propagandowe tuby – działające nierynkowo, finansowane bądź z podatków (kiedy jeszcze swoi obsadzają KRRiTV), bądź z szemranych źródeł pochodzenia politycznego (biznesy Rydzyka, SKOK-i) .

Może i należy PO za powyższe chwalić, ale powstaje kolejny niekorzystny PR-owo efekt: media nie będące wściekłymi tubami PiSu przez wielu automatycznie uznawane są za prorządowe. Stąd wszelka, liczna przecież, krytyka rządu w tych mediach powoduje automatyczne histeryczne okrzyki triumfu wśród osób rządowi nieprzychylnych: „Widzicie, teraz NAWET [GW, Wprost, TVN itp.] krytykuje rząd !!!”.

II. Ślamazarne i zachowawcze reformy.

Koalicyjna większość sejmowa podejmuje decyzje legislacyjne, które generalnie zmierzają w dobrym kierunku, ale jest ich nie dość, że mało, to jeszcze, jakby to delikatnie ująć..? Charakteryzują się dość umiarkowanym rozmachem. To bardzo dobrze, że od początku rządów Tusk zajął się porządkowaniem finansów publicznych, w dodatku tak, aby zmiany obejmowały daleką perspektywę, a nie tylko koniec kadencji. Zaliczam tu: reformę pomostówek, zmiany w OFE, tzw. regułę wydatkową, oszczędną politykę kryzysową, zmiany w podatkach oraz wydłużenie wieku emerytalnego. Większość powyższych to decyzje niepopularne, których nie podjęłaby większość populistycznych poprzedników (wyjątkiem był rząd Buzka, mający jednak poważne braki w kompetencjach reformatorów), ale to za mało, żeby pałać entuzjazmem.

OFE. „Reforma” Rostowskiego to żadna reforma, ale raczej zabieg księgowy. Jedynym jego pozytywem jest niewielkie przesunięcie części zysków z kapitału do jego posiadaczy (przyszłych emerytów), od pośredników (prywatnych funduszy). Niemniej generalnie słuszna w założeniach reforma emerytalna Balcerowicza z 1999 roku została całkowicie popsuta przez następne rządy – SLD i PiS – głównie poprzez zahamowanie prywatyzacji i stopniowego bilansowania funduszu. Dziś system emerytalny wymaga radykalnej przebudowy, a nie kosmetycznych wygładzań co bardziej skopanych efektów. Tego współczesny Sejm póki co się nie podjął. Na małą obronę PO ma fakt, że jednak samodzielnej większości nie posiada.

Wiek emerytalny. Decyzja słuszna i oczywista, ale znów zbyt zachowawcza – rozciągnięcie zmian na prawie 30 lat nie pozwala nawet marzyć o zbilansowaniu funduszu emerytalnego. Pozostaje polepszenie wizerunku polskich finansów publicznych u inwestorów, a w efekcie wpływ na ratingi i rentowność obligacji. Efekt niebagatelny, ale jednak połowiczny.

Pozostając jeszcze w temacie emerytur – nieszczęsny KRUS i fundusz kościelny. Co do KRUS-u – chcę wierzyć w dobrą wolę polityków PO, którzy jednak nie mają samodzielnej większości i w tym konkretnym temacie wyjątkowo opornego koalicjanta. Co do funduszu kościelnego – będzie o tym dalej.

Podatki. Mój wewnętrzny doktryner cichutko domaga się powrotu do koncepcji podatku liniowego, którą PO najwyraźniej na dobre już porzuciła. Nie będę udawał mądrali i rzucał sądów, jak bardzo podatek liniowy (niekoniecznie nawet 3×15, ale, na przykład, 3×18) byłby lepszy od obecnego, bo to już wkracza w mało obiektywny spór doktrynalny. Nie ulega wątpliwości jednak, że podatek liniowy ma jedną obiektywną zaletę – uproszczenie i uszczelnienie systemu podatkowego. Koszta, jakie pochłania obsługa dzisiejszego systemu, a także koszta szarej strefy, to są kwoty nie do zbagatelizowania. Osobiście bardzo liczyłem, że PO dokona tutaj jakichś znaczących zmian. Póki co zmiany są dalece niewystarczające.

Do połowicznie udanych reform można też dodać reformę systemu refundacji leków. Dobrze, że się coś dzieje, bo przekręty i marnotrawstwo w tej dziedzinie są potężne, niemniej egzekucja woła o pomstę. No i znów – dokonuje się przetasowań i korekt wewnątrz systemu, zamiast zreformować cały system.

Natomiast do reform, co do których nie mam większych zastrzeżeń, zaliczam reformę szkolnictwa wyższego. Tutaj aby pojawiły się jakieś widoczne efekty potrzeba dekad, niemniej dzięki obecnym rządzącym uczelnie wyższe uzyskały większą autonomię, swobodę konstruowania programów, powiązanie działalności dydaktycznej z naukową. To ważny krok w kierunku unowocześnienia szkolnictwa wyższego. Jest spora szansa, że zaczyna się właśnie mozolnie tworzyć rynek uczelni wyspecjalizowanych, walczących o reputację, który za kilkanaście (?) lat będzie bardziej przypominał model zachodni.

III. Kadry

Zarzuty co do kadr są w pewien sposób powiązane z zarzutami co do PR. Po wyborach w 2011 roku Tusk najwyraźniej uznał, że ma świetny pomysł na poszerzanie elektoratu i polepszanie wizerunku. Cóż, dostałem 40%, ale czemu nie sięgnąć po więcej? Pokażmy więc, jaką mamy szeroką „ofertę”!

Przetasowania po wyborach 2011 roku wprowadziły do rządu osoby o dość wątpliwych kompetencjach – Muchę, Arłukowicza, Gowina i Nowaka. Klucz wydaje się dość oczywisty – wszyscy powyżsi to swojego rodzaju „medialne gwiazdy”, w dodatku dobierane z klucza „dla każdego coś miłego”. Jednak obsadzenie w/w na odpowiedzialnych stanowiskach musiało się skończyć PR-ową katastrofą przy ich pierwszych, nieuniknionych potknięciach, co zresztą nastąpiło. Wyjątkiem jest może Nowak, który jedzie na osiągnięciach Grabarczyka, a może nawet i na nich dojedzie – Grabarczyk przygotował mu praktycznie 100% całego polskiego planu autostrad i bardzo sporą część ekspresówek, rozpoczął potężne inwestycje na kolei. Ewentualna nieudolność Nowaka może być zacząć widoczna dopiero około 2015 roku, czyli właśnie pod koniec kadencji. Ale może krzywdzę pana Nowaka, niemniej jednak wymiana Grabarczyka była decyzją złą, podyktowaną wyłącznie wizerunkowym koniunkturalizmem.

IV. Konserwatyzm i kwestie światopoglądowe.

PO wkraczała na scenę polityczną jako partia konserwatywna, trudno ją zatem w sumie winić, że pozostaje tu konsekwentna. Problem polega na tym, że w obecnych warunkach politycznych nie ma dla nich po tej stronie wiele miejsca. Polskę wraz z bogaceniem się obywateli, rosnącą mobilnością i otwarciem się młodych ludzi na świat, czekają nieuniknione zmiany również światopoglądowe. To już się dzieje – a jednocześnie konserwatywna strona polityki została bardzo agresywnie obsadzona i jest tam nie do ruszenia. Oprócz PiS o miejsce na prawicy obyczajowej walczą jeszcze Marek Jurek i Zbigniew Ziobro, nie chcą się z niego wynosić PJN-owcy.

Tymczasem Tusk, mimo deklaracji „nie będziemy klękać przed księdzem”, pozostaje oportunistą wobec Kościoła i radykalnie konserwatywnej części społeczeństwa. Polskie anachroniczne prawodawstwo w sprawach światopoglądowych i obyczajowych za rządów PO pozostaje nietknięte, a najbardziej nieśmiałe próby ruszenia go zostają społecznie ogłoszone jako ‘ultralewicowe’ i napotykają zaciekły opór wewnątrz samej Platformy.

Jako konserwatysta Tusk nie ma szans, może tylko tracić (przykładem jest tu spektakularny sukces wyborczy Palikota, który odebrał więcej wyborców PO niż SLD). Pokazuje to choćby sprawa funduszu kościelnego – rząd zaproponował rozwiązanie pozostawiające de facto status quo, czyli finansowanie z podatków na porównywalnym poziomie, a i tak został przez konserwatywno-katolicki beton wściekle zaatakowany za „wojnę z Kościołem” (a przy okazji z polskością, tradycją, moralnością, prawdą i wszystkim co piękne i dobre). Fundusz kościelny należałoby, w trosce o finanse publiczne i zwyczajną, ludzką sprawiedliwość, po prostu zlikwidować, a zastąpić nie podatkiem dobrowolnym tak jak proponował rząd – przesuwającym tylko część składki, ale podatkiem dodatkowym, obciążającym podatnika dodatkową kwotą, jak to jest rozwiązane w cywilizowanych krajach. A sam fundusz kościelny to tylko kropla – 100 milionów zł z prawie 2 miliardów, które Kościół dostaje corocznie w formie różnych dotacji i ulg.

Przez brak w Polsce wyraźnej i silnej opozycji konserwatyzm kisi się w swojej zaściankowo-buraczanej formie, pełnej ksenofobii, uprzedzeń i resentymentów. Polski konserwatyzm to nie jest po prostu niechęć wobec inżynierii społecznej, orientacja na jednostkę, rodzinę – jak jest w innych krajach z kręgu cywilizacyjnego, do którego aspiruje Polska. Polski konserwatysta żyje traumami z połowy XX wieku, a mentalnie operuje na poziomie lat jeszcze wcześniejszych, gdzie politykę definiowały napięcia międzymocarstwowe o silnie narodowościowych wektorach.

Tusk usiłuje stworzyć wrażenie, że konserwatystą nie jest, jednocześnie otaczając się klasycznymi konserwatystami (Sikorski, Niesiołowski, Gowin, Rostowski). To nie jest dobra strategia – u radykałów i tak pozostaje „zdrajcą”, u postępowców „ciemnogrodzianinem”. W efekcie potencjalne elity polskiego konserwatyzmu, które gromadzą się wokół PO, nie mają wsparcia w społeczeństwie – i tak jak symbolami angielskiego konserwatyzmu są Thatcher i Windsorowie, amerykańskiego Franklin i Reagan, to polskiego Rydzyk i Macierewicz.

PO mogłaby sobie być konserwatywna, ale w układzie, kiedy wymrą już sieroty po PRL-u, a na lewicy wyłoni się sensowna partia socjalistyczno-liberalna. Kiedy wyklaruje się sensowny podział lewica-prawica, plus ewentualnie jakiś radykalny plankton narodowo-katolicki. W obecnych warunkach, swoim konserwatyzmem tylko zraża, jednocześnie nie mając szans na przyciągnięcie radykałów.

To cztery główne zarzuty. Sformułowałem je po to, aby pozostawić gdzieś swoją jasną deklarację, że nie uważam obecnych rządzących za nieskalane dobro, że pozostając wierny swoim ‘leseferowskim’ poglądom mam wobec polityków, których doraźnie popieram, wygórowane oczekiwania.

Propaganda i Ssaniepalucha

No nie mogę sobie darować, ale znowu będzie o mojej „ulubionej” partii politycznej. Rada Polityczna PiS uchwaliła w ostatnią sobotę „Uchwałę ws. propozycji programowych dla Polski”. Wynika z niej, że kraj jest w ruinie, co wali po oczach kontrastem po szczególnie kwitnących latach 2005-2007. Bezczelność propagandystów PiS może przerażać, jeżeli ktoś nie poznał ich metod do tej pory – czyli propagandy zdawkowych, chwytliwych sloganów, które jednak ani troszeczkę nie pokrywają się z rzeczywistością. Sloganów adresowanych najwyraźniej do ostatnich kretynów, założywszy, że nie sprawdzą oni nawet najbardziej podstawowych danych.

Uwielbiam to pisowskie pustosłowie niepoparte żadnymi danymi, widoczne na każdym kroku – kiedy słucha się wywiadów z pisowskimi medialnymi gadaczami w rodzaju Hofmana, Błaszczaka czy Brudzińskiego, albo kiedy czyta się kaczystowską blogosferę. Ostatnio przecierałem oczy, napotykając jakąś anty-Tuskową notkę ze zdaniem: „ludzie widzą, że nie ma żadnych dróg pobudowanych”. Niesamowite, jak mocno można zaciskać powieki, byle tylko nie zobaczyć żadnych sukcesów rządu Tuska.

Zajmijmy się więc „zarzutami” po kolei.

„Lata 2007-2012 to czas niewykorzystanych szans na największy skok cywilizacyjny naszego kraju. (…) Donald Tusk i jego gabinet nie podjął wyzwania dalszej modernizacji kraju.” – stoi w uchwale. Aha – ‘dalszej’. Wg Kaczyńskiego (osobiście podpisany pod dokumentem) w latach 2005-2007 następował rozkwit i modernizacja Polski, która po 2007 roku stanęła, padło wykorzystanie funduszy unijnych, ogólnie zastój.
Jak ja rozumiem modernizację, jest to przede wszystkim rozwój infrastruktury. Jak pod tym względem wyglądają lata 2005-2007?

Rządy Marcinkiewicza i Kaczyńskiego zdołały rozpocząć inwestycje na około 200 km dróg ekspresowych i autostrad, w tym ok. 50 km autostrady A4 do granicy zachodniej (wyjątkowo proste zadanie, bo wytyczona trasa wraz z planami, a nawet elementami wiaduktów, istniała jeszcze od czasów Hitlera), ok. 20 km A4 Kraków – Szarów i ok. 15 km A1 Bełk – Sośnica (odcinek zupełnie bez sensu bez potężnego węzła Sośnica, który zbudował już następny rząd). W sumie – 85 km. Przy okazji jednak wstrzymali już zakontraktowany 105 km odcinek A2 do granicy, bo Polaczkowi nie podobała się formuła. Formuła została, cena wzrosła dwukrotnie, a odcinek oddano z dwuletnim opóźnieniem. Dodatkowo Polaczek obciążył budżet wdając się w przegrane z góry procesy z koncesjonariuszem na A1 i wykonawcą A4.

Pod koniec rządów PiS autostrad i ekspresówek, oddanych lub w budowie, było w Polsce około 1400 km. Z tego 200 km dzięki rządom PiSu. Na dzień dzisiejszy tych dróg, oddanych lub w budowie, jest około 3200 km. Z tego do końca 2012 roku powinniśmy mieć już gotowe autostrady: całą A4 i prawie całą (bez jednego, i tak dwupasmowego odcinka gierkówki) A1 , a do końca 2013 również całą A2.

Wg Kaczyńskiego 1800 km w pięć lat nie zasługuje na miano „dalszej modenizacji”, wobec jego 200 km w dwa lata. I to pamiętając, że do 2008 mieliśmy światową koniunkturę, a od czterech lat szaleje kryzys.

360 km szybkich dróg rocznie to jest tempo wprost imponujące. Żaden europejski kraj nie miał na tym polu w latach 2008 – 2012 tak szybkich postępów jak Polska.

[wszystkie dane można znaleźć na forum skyscrapercity.com]

Drogi i autostrady to nie wszystko – inwestycje w kolej również rosną stale i dynamicznie, mimo iż nie tak imponująco jak inwestycje w drogi. Udało się też dokonać potężnej inwestycji kapitalnych remontów wszystkich najważniejszych polskich dworców.

Kaczyński krytykuje rząd Tuska za słabe wykorzystanie funduszy unijnych, mimo „planu śp. Grażyny Gęsickiej”, który został rzekomo „zmarnowany”. Znów brak konkretów i danych, zajrzyjmy więc do oficjalnych danych MF – wykorzystanie funduszy unijnych w latach przynależności Polski do UE kształtuje się następująco (w mld EUR):

Jak widać, po 2007 roku po prostu zastój jak po tabliczce gorzkiej czekolady.

Kaczyński chwali się swoim rządem, który „dał Polakom wzrost gospodarczy, rosnące PKB (btw. to chyba to samo, panie Jarek – przyp.), malejące bezrobocie, niską inflację”. Dalej Kaczyński nazywa światowy kryzys „pretekstem” do różnych bezeceństw Tuskowych.

Cóż, skoro chwalimy się PKB i innymi wskaźnikami, przypatrzmy się znów twardym danym. Dla porównania wezmę kilka krajów w Europie, wybranych tak, żeby zobrazować różne typy gospodarek w UE. Jeżeli ktoś uważa ten zestaw za tendencyjny czy zmanipulowany, może dobrać dowolne inne – wszystkie dane są wzięte z www.tradingeconomics.com.

Wybrane przeze mnie kraje (plus klucz doboru) to: Niemcy (najsilniejsza i najstabilniejsza gospodarka UE), Węgry (kraj–wzorzec dla Kaczyńskiego), Czechy (w 2005 obok Słowenii najbogatszy kraj Europy Wschodniej, w sumie i do dziś), Estonia („tygrys” koniuktury przedkryzysowej) i Grecja (spektakularny bankrut ostatnich lat). Jak widać, nie brałem (prócz Grecji) „chłopców do bicia”, tylko takie kraje, które są/bywały przedmiotem porównań, czy wręcz stawiane za wzór.

Jedźmy zatem po kolei uwagami Kaczyńskiego – dla lepszego efektu od końca :).

1. Inflacja. Trend zmian inflacji w wybranych krajach w latach 2006 – 2012:

Polski trend wygląda akurat dość odmiennie od porównywanych państw – poza Polską wysoka inflacja zbiega się z końcówką koniunktury na początku 2008 roku, po czym w kryzysie gwałtownie spada, by potem znów wzrosnąć. W Polsce niska inflacja utrzymuje się mniej więcej do początku 2007 roku, a potem, mimo wahań, utrzymuje na nieco wyższym poziomie, pomiędzy 3-5% (z krótkim wahnięciem do 2%). Kaczyński zapewne sugeruje, by porównać rok 2007, kiedy oddawał władzę, z rokiem obecnym – inflacja poniżej 2% w stosunku do obecnych około 4%. Jest tylko taki szkopuł, że za inflację w znacznie większym stopniu niż rząd odpowiada bank centralny. A szefem NBP do od początku 2001 do stycznia 2007 roku był… Leszek Balcerowicz. Jak wiemy, Balcerowicz przykładał dużą wagę do utrzymywania niskiej inflacji, za co był zresztą często krytykowany. Od 2007 do kwietnia 2010 roku rządził pisowski Skrzypek. Trudno więc, patrząc na trendy, uznać jakieś szczególne zasługi PiSu czy pisowskiego szefa NBP. Pomijając już fakt, że w relacji do Europy wahania inflacji w granicach 2-4% trudno uznać za jakiś szczególny powód do krytyki.

2. Bezrobocie. Porównajmy znów trendy:

Jak widać, nieczułe na kryzys okazały się tu tylko Niemcy. „Bryluje” oczywiście Grecja (zresztą ciekawie by wyglądały też inne kraje Południa), ale wszystkie pozostałe również doświadczyły bolączki kryzysu. Najmniej – Polska. Minimum zresztą jest gdzieś pod koniec 2008 roku, a zatem sporo po tym, jak PiS oddał władzę.

Dodatkowo wspomniane „malejące bezrobocie”, o którym pisze Kaczyński, to trend zapoczątkowany w roku 2004, czyli z początkiem otwarcia rynku UE i wielkiej emigracji blisko dwóch milionów Polaków za pracą:

Ani więc PiS nie odpowiada za „malejące bezrobocie”, ani Tusk za jego wzrost – nota bene w porównaniu do reszty UE bardzo nieznaczny.

3. Wzost gospodarczy. Tu jest najfajniej :). Do porównania wziąłem PKB per capita:

Jeden rzut oka na wykres wystarczy by uznać, że tylko skończony idiota może krytykować rząd Tuska patrząc na polski wzrost gospodarczy ostatnich lat. W latach prosperity 2005-2008 Polska rozwijała się dość przeciętnie (18% wzrostu) – szybciej niż wysoko rozwinięte , bogate kraje UE (Niemcy 8%, Grecja 10%), szybciej niż już pogrążone przez socjalistów Węgry (8%), wolniej niż Czechy (20%), znacznie wolniej niż estoński „tygrys” (30%).

Natomiast lata 2008-2011 to środek kryzysu, wszystkie inne kraje w recesji – Niemcy 0%, Węgry -3%, Czechy -1,5%, Grecja -8%, Estonia -15% (!)… Polska zaś notuje sumaryczny wzrost o 11%! Przy okazji wyprzedzając wskaźnikiem PKB per capita wcześniej bogatsze Węgry i Estonię…

Aż szkoda, że Kaczyński nie wspomniał o „drogich paliwach, które za PiSu były tanie”. Jego ociężali fani lubią bowiem używać i tego „argumentu”. Na ten temat aż napisałem notkę na Psychiatryku24, po wdaniu się w głupią gadkę na ten temat z wyjątkowo tępym kaczystą wyrusem.

Trudno to jakoś wszystko spuentować. Na złośliwości nie mam już siły – największą i tak jest literalne cytowanie wypocin przedstawicieli najlepszej i najpatriotyczniejszej polskiej partii. I pomyśleć, że na tak tępych demagogów wciąż w Polsce jest gotowych głosować kilka milionów ludzi…

Gryzonie żywią się gnocchi

Błysnął humorem redaktor Robert Mazurek w najnowszym numerze „Uważam Rze”, który świeci z okładki postaciami (chyba) z gry The Sims, promującej w założeniu jajcarski artykuł wspomnianego autora – o „lemingach”. Swoją drogą, kolejny znamienny przykład na poziom tego tygodnika – co u nich wybiera się na wiodący artykuł numeru.

Określenie „leming” funkcjonuje od paru lat w kręgach kaczystowskich jako pogardliwa nazwa osoby-nie-głosującej-na-PiS. Określenie to jest elementem semantycznej puli służącej kaczystom do racjonalizacji swoich postaw i poglądów. Reszta z tej puli to samookreślenia „niezależny”, „niepokorny”, „samodzielnie myślący”, „pod prąd” itp. Potrzeba ciągłego przekonywania samych siebie o swoim otwartym, refleksyjnym, niepoddającym się propagandzie umyśle do złudzenia przypomina zjawisko konstruowania nazw państw w odniesieniu od ich ustrojów politycznych. Jak wiadomo, wśród państw demokratycznych pełna nazwa czasem zawiera słowo „demokratyczny/demokratyczna”, a czasem nie. Zawsze natomiast „demokratyczny” w nazwie posiada państwo radykalnie totalitarne. Podobnie jest z kaczystami – są oni jedyną w społeczeństwie grupą o poglądach tak silnie i bezmyślnie zdeterminowanych aktualną wykładnią Prezesa bądź jego najbliższych przybocznych. Stąd obsesyjna potrzeba, aby ideologiczny przymus entuzjastycznego poparcia dla dowolnej bzdury, jeżeli tylko certyfikowanej przez guru, racjonalizować oparciem o swoje dogłębne, osobiste, wnikliwe i bardzo niezależne analizy.

Wracając do Roberta Mazurka – jego tekst jest tak tępym gniotem, że stanowi twardy argument za wyznawanym przeze mnie poglądem, iż media ekipy Lisickiego/Karnowskich/Jankego w żaden sposób nie górują jakościowo nad szmatławcami Sakiewicza. I nawet nie chodzi o wtórność – koncepcja żartobliwego artykułu jako wypunktowania karykaturalnie przedstawionych cech danej grupy jest co prawda mocno oklepana, ale mimo to można to wciąż zrobić dobrze – przykładem choćby artykuł o hipsterach z niedawnego numeru Newsweeka, albo niejedno hasło z nonsensopedii. Niemniej tekst Mazurka nie jest po prostu nieoryginalny. Jest do tego stopnia tragiczny, że przychodzą do głowy tylko dwa wyjaśnienia – albo rażący błąd warsztatowy (miał wybitnie zły dzień/bardzo mało czasu/jest naprawdę bardzo ograniczonym gościem itp.), albo budzącą grozę nienawiść autora do otaczającego, nawet tego najbardziej zwyczajnego, świata. Albo jedno i drugie.

Jeżeli trafnie diagnozuję stan umysłu Mazurka, to czyni to ów artykuł, satyryczny w założeniu, smutnym, wręcz przygnębiającym. Smutne jest w nim bowiem to, co artykuł mówi o samym Mazurku. A zarazem o sednie kaczystowskiej ideologii.
Szyderstwo autora dotyka bowiem takich rzeczy, jak posiadany samochód czy miejsce zamieszkania. Mazurek więc albo jest aż tak głupi, albo ideologizuje sobie nawet takie towary pierwszej potrzeby i musi jakoś wtłoczyć tutaj swój „standard leminga”. W jego łepetynie „mainstreamowość” to najwyraźniej jakiś meta-obciach nawet wtedy, kiedy dotyczy podstawowych potrzeb realizowanych w jedyny osiągalny sposób.

Mazurek nie tylko się ośmiesza, uznając gnocchi, sushi czy włoską kawę za pozerstwo. Nie da się oprzeć wrażeniu, że Mazurek zwyczajnie brzydzi się ludźmi zadowolonymi. Co on bowiem tak naprawdę piętnuje swoją, hm, satyrą? Umiarkowany sukces ekonomiczny, jak zdolność kredytowa czy drobne namiastki luksusu w postaci kawy w kawiarni, butelki markowego wina, nowego samochodu w najniższej klasie?

PRL-owska mentalność, czyli kaczyzm w wyjątkowo szczerym – i pewnie dlatego tak smutnym – wydaniu.

Spotykałem kaczystów starających się swoją „antylemingową” pogardę kierować inaczej, w stronę swojego rodzaju „wstydu” wobec własnej kultury i bezmyślnego naśladownictwa Zachodu. U Mazurka jednak tego nie ma, zestaw „cech leminga” jest dobrany zupełnie inaczej. Trudno bowiem zaliczyć do owego „wstydu” tak zwyczajne i kulturowo neutralne sprawy jak upodobanie do włoskiej kawy, klusek czy wina (o, tu może być jakiś klucz – może złe wspomnienia, np. związane z kobietą, która sarmacki dowcip i intelekt Mazurka zlekceważyła dla charyzmy jakiegoś przystojnego Włocha?), albo zakupy w międzynarodowych sieciach handlowych. O kupowaniu mieszkań na kredyt nie mówiąc.

Chciał Mazurek wyszydzić „lemingi”, a w efekcie wyszydził samego siebie – człowieka, którym telepie ideologiczna nienawiść na widok najzwyklejszych ludzi siedzących w kawiarni, uśmiechających się, przechadzających się po sklepie. Młodych ludzi ze stałą pracą, zdolnością kredytową i własnym mieszkaniem.

Nie wiem, jaka jest Mazurkowa wizja człowieka „niebezrefleksyjnego”, ale – mimo iż mieszkam w domku, a nie w mieszkaniu, nie jeżdżę Toyotą, z kaw preferuję latte i freddo, a nie czarne, z win Badagoni, czy ogólnie kaukaskie nad śródziemnomorskie (z włoskich raczej Nebiolo), TVN24 nie odbieram a facebooka nie używam – przeraża mnie, że mógłbym być kimś takim. To oczywiście mi nie grozi. Wiadomo, że niebezrefleksyjnym wg Mazurka być nie mogę, pozostaję klasycznym „lemingiem”. Nie głosuję bowiem, i nigdy nie będę głosował, na PiS – zatem nie spełniam „nie-lemingowego” condicio sine qua non.

Reszta jest milczeniem.

Isia

Właśnie postanowiłem, że nie będę więcej pisał o polityce. Jest tyle fajniejszych tematów.

Dzisiejszym tematem jest sport. Agnieszka Radwańska właśnie poległa walecznie w zaciętym finale Wimbledonu. I tak ją podziwiamy. Nikt z Polaków nie zaszedł dotąd tak daleko w wielkoszlemowym turnieju. A i dziś, po I secie nie dawano jej szans. Tymczasem wygrała drugi i dostarczyła tyle emocji. Pozostaje niedosyt, szkoda… ale i tak wielkie gratulacje. Agnieszka Radwańska jest świetna, bez dwóch zdań. I to jest dobry temat do blogowania, nie polityka. Polityka sucks.

Tak więc, koniec z polityką, blogowo gratuluję Isi. Osiągnęła wiele, a i wiele wskazuje, że wiele wciąż jeszcze przed nią. Będzie z niej mistrzyni. GO, Isia, go!

Wystarczyło tylko wyzwolić się spod trenerskiej opieki kaczysty, he he.

Upadek

Potrzeba było namacalnych dowodów na chorobę psychiczną jednego z głównych guru (niejakiego blogera o nicku Free Your Mind) wiodącego, paranoidalnego nurtu serwisu blogowego Salon24 (obecnie tamże zablokowanego, stąd linki do jego mirror-bloga na blogspocie), żeby co poniektórzy zdali sobie sprawę, że ironiczne określenie (wymyślone i spopularyzowane bodajże przez Wojtka Orlińskiego) „Psychiatryk24” tej ironii wcale nie ma w sobie tak wiele.

Temat jest wałkowany od kilku dni w miejscach dotychczas traktujących Salon24 jako źródło rozrywki i szydery (bo akurat w kręgach okołopsychiatrykowych, jak można było przypuszczać, tylko coraz szersze kręgi absurdu), gdzie nagle sporej liczbie osób jakoś przestało być do śmiechu. Ja oczywiście rozumiem ludzki, empatyczny opór przed nabijaniem się z człowieka, który wypisuje bzdury, kiedy widzi się, że przyczyna dostarczającego rozrywki bełkotu publicystycznego jest również przyczyną prywatnej tragedii jego realnej osoby, a także paru osób mu bliskich. Że świr jest śmieszny, kiedy poznajemy tylko efekt jego paranoidalnej osobowości w postaci publikowanych tekstów, ale przestaje nim być, kiedy dostrzegamy, jak przy okazji swoim szaleństwem robi sobie i swoim bliskim czysto fizyczną krzywdę.

Ta nagła materializacja znanego od lat wirtualnego świra z Psychiatryka24 powinna dać impuls do pociągnięcia myśli parę kroków dalej. Nie miejmy złudzeń – przypadków z medycznej strony podobnych do Free Your Mind jest na Salonie24, a także jego różnych odpryskach, o wiele, wiele więcej. I co – póki nie zobaczymy ich w kaftanie, śliniących się, robiących pod siebie czy mordujących ludzi, to będzie się z nich można nabijać w bezpiecznym poczuciu empatycznego komfortu? Czy może lepiej nie nabijać się z nikogo, przecież za każdym bredzącym świrem z Internetu kryje się jakiś człowiek, może jego rodzina przeżywa tragedię, a on sam uciekając przed GRU wyskoczy jutro oknem i się zabije – a to smutne będzie już, nie zabawne, więc nie należy nigdy i nigdzie się z nikogo nabijać, a śmiech jest dozwolony tylko ze świadomego, chcącego wprost nas rozbawić kabareciarza.

Przecież to absurd.

Szydera nie tylko jest zdrowa, powiem więcej – w naszym medialno-publicznym dyskursie szydery jest zdecydowanie za mało. Efekt jest taki, że Polska to jedyny znany mi kraj, w którym (prawdopodobnie mniej więcej wszędzie taka sama) część społeczeństwa skłonna do paranoi, wiary w wyimaginowane spiski (np. chemtrails), tajemne siły zła (np. eksperymentujące na ludziach UFO), „coś tu śmierdzi” (sfingowany atak na WTC, ściema z lądowaniem na Księżycu) – jest tak dobrze zintegrowana i reprezentowana politycznie oraz medialnie. W takim USA na przykład raczej nie bywa tak, że w głównym serwisie CNN pojawia się czołowy kongresmen Republikanów i opowiada, że Obama rozsiewa chemtrailsy i wszedł w tajny układ z UFO, aby wykończyć mieszkańców Montany. A u nas dokładnie tego typu rzeczy się dzieją.

Kto jest „winien”? Właśnie brak szydery. Opór przed wyśmiewaniem bzdur, kiedy bzdurę wyczuwamy, ale uprzejmie staramy się wysłuchać, zrozumieć, odkryć ewentualne drugie dno. Trzymając się naszej flagowej narracji obłąkańczej, czyli Smoleńska – w reakcji na pierwsze odjechane komentarze, folgujące typowo polskim natręctwom i psychozom, pojawiające się po sieci w miejscach typowo skupiających tego typu jednostki, powstał znakomity szyderczy blog dlaczegonienapalm. I tam temat powinien zostać zduszony. Tymczasem mamy w mainstreamie polityków, a za nimi spijające z ust każde słowo ‘poważne’ media, którym na rękę było podobną narrację agregować, popularyzować, radykalizować. Metodą drobnych kroczków oraz odsuwania coraz dalej granicy radykalizmu, w imię „prawdy leżącej pośrodku” udało się im osiągnąć to, co pokazuje niedawny sondaż CBOS – tylko 16% (i tylko 1/3 elektoratu PO!) uważa sprawę śledztwa w sprawie katastrofy smoleńskiej za prowadzoną generalnie normalnie, ponad 50% widzi „zaniedbania rządu” (WTF? Śledztwem zajmuje się prokuratura i KBWL, ale ponad połowa medialnie skołowanego społeczeństwa uważa, że wszystko ma robić ‘rząd’; tęsknota za totalitaryzmem?), a 23% to już w ogóle skandale, zdradę, mordy itp. Mechanizm psychologiczny jest w sumie banalny – jeśli są dwie strony sporu, jedna twierdzi, że był wypadek i działa zgodnie z normalnymi procedurami, a druga drze się, że zamach, że zdrada, że agentura, że wasalizacja, że mordercy i kłamcy… „Prawda leży gdzieś pośrodku – może i nie zamach, ale i nie ‘zwykła’ katastrofa; może i nie zdrada, ale i nie wszystko czysto i uczciwie…”

A wszystko przez to, że to, co nadaje się jedynie do wyszydzenia, puszcza się jako poważny pogląd, głos w sprawie, wartościowy nius. To nie tylko wypacza horyzonty dyskursu, ale dodaje świrom i cynicznym piewcom odjechanych poglądów pewności siebie. I następnym razem posuwają się o krok dalej *).

Nie jest mi do śmiechu, kiedy obserwuję, jak stoczył się w autentyczny obłęd doktor Paweł Przywara, który zrujnował sobie życie i nabawił kłopotów rodzinę. Ale nie będę się powstrzymywał przed nazywaniem bełkotu po imieniu, ani traktowaniu tego, co wypisuje (on i każdy podobny mu okołopsychiatrykowy24 świr), tak jak należy – szyderstwem.

*) Trzymając się tematu Smoleńska – blogosfera oczywiście tryskała bełkotem od pierwszych minut po katastrofie, ale politycy i twarze mediów związane z polską tzw. prawicą początkowo byli o lata świetlne od oszołomstwa, które prezentują dzisiaj – trzymali się poglądu o „winie Ruskich” w sensie złego przygotowania, niekompetencji, wadliwego sprzętu (w pierwszych słowach po wiadomości o wypadku Jarosław Kaczyński zarzucił rządowi Tuska trzymanie starego i wadliwego, w jego mniemaniu, samolotu), później było radykalizowanie tych zaniedbań, „naprowadzanie na śmierć”, spiski rządu polskiego w celu „obniżenia rangi” wizyty 10.04; dopiero zachęta w postaci poważnego traktowania wszystkich tych stopni odjeżdżania w absurdy rozochociła towarzystwo do publicznego głoszenia coraz bardziej fantastycznych pomysłów, aż do powołania zespołu Macierewicza i błazenady z Biniendą, Szuladzińskim i zupełnie bezczelnym udawaniem wsparcia naukowego dla swoich bredni.